The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

czwartek, 30 grudnia 2010

Egzaltacja na koniec roku

Podobno życie jest jak pudełko czekoladek i trafisz swoją ulubioną – albo na początku, albo na końcu, ale zawsze. Jasne, że każdy chciałby mieć tyle szczęścia, by tę swoją ulubioną trafić na początku,a potem całe życie rozkoszować się jej smakiem. Niestety to przytrafia się tylko nielicznym i trudno się dziwić, że budzi powszechną zazdrość. W końcu każdy przecież chciałby trafić szóstkę w totka. Tak sobie myślę, że to musi być piękne wspólnie dojrzewać, nawet jeśli nie widzimy tego na co dzień, bo jesteśmy uczestnikami owego procesu. Takie refleksje przychodzą z czasem, kiedy minie wiele wspólnych lat i można spojrzeć wstecz na spędzone razem życie i dokonać jego oceny. Podsumować, kiedy było się beztroskim młodzieńcem, średnio odpowiedzialnym dorosłym, aż wreszcie odpowiedzialnym rodzicem i partnerem. Widać to też po dzieciach – poprzez pryzmat ich dorastania i postępowania w dorosłym życiu można ocenić, jaki wpływ mieli na nie ich rodzice, co im przekazali, wpoili, czego nauczyli. Tak, to musi być piękne... kiedy wyciągnie się ulubioną czekoladkę na początku pudełka. A jeśli trafi się na nią dopiero pod koniec? Cóż, nie wiadomo czy się cieszyć, że wreszcie jest, czy rozpaczać, że tak późno. Szczęście, które przyszło za późno nie jest już szczęściem. Jest złośliwym chichotem losu, okrutnym żartem przeznaczenia. Nieskazitelnie białą chusteczką, którą ociera ono z policzka łzę najbardziej rozdzierającej rozpaczy. Te dwa słowa: „za późno” nie oddadzą całej tragedii sytuacji, kiedy chciałoby się zaczynać, budować, dojrzewać, a można jedynie wspólnie się zestarzeć. Bez godności wielu przeżytych razem lat, pokonanych przeciwności losu, smutków i radości, wspólnego potomstwa. Jak dwoje zwyczajnych znajomych, którzy co prawda nosili siebie nawzajem w swoich sercach całe życie, ale kiedy wreszcie się spotkali zabrakło im czasu, by zaufać, że są dla siebie stworzeni. Stwierdzić, że to był właśnie ich ulubiony smak...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Sezonowość i wróżbiarstwo

Żyjemy w czasach konsumpcjonizmu. Priorytetem jest sprzedać. Jeśli konsumenci sami nie wpadną na pomysł, że chcą kupić pierdylion zupełnie niepotrzebnych im rzeczy, to trzeba sprawić, żeby ich zapragnęli. Stad sezonowość wszystkiego - w zasadzie wszystkiego, co nas otacza, przy czym jedynie w przypadku pór roku jest ona całkowicie usprawiedliwiona.
Mieliśmy więc przez ostatnie pół roku koniec roku szkolnego i wakacje, potem traumatyczny powrót do szkoły, następnie szał kupowania zniczy, no i wreszcie wielkie odliczanie do Bożego Narodzenia. Chociaż chyba powinnam napisać "bożego narodzenia", bo tu bynajmniej nie chodzi o świętowanie, tylko o to, że w ciągu dwóch tygodni poprzedzających Boże Narodzenie sprzedaje się 75% rocznej produkcji. Czegokolwiek. Nie, nie będę więcej pisać na ten temat, bo mi się słabo robi...
Boże Narodzenie się skończyło, urwał się jeden nośny temacik, ale spokojnie - zawsze coś się znajdzie. Przecież za chwilę Sylwester, czyli koniec roku, a więc szampany, petardy (brrr!..) i... wróżby na nowy rok. A potem jeszcze noworoczne postanowienia i porady co sobie postanowić, żeby potem, w razie czego, nie wyjść na głupka. Jeśli sobie ktoś przypomina, to rok temu wróżono, że 2010 to będzie wyjątkowy rok, taki, że o matko. No i zdaje się, że był, tylko niekoniecznie w kierunku, który autor miał na myśli. Spodziewam się, że tegoroczne prognozy będą bardziej umiarkowane.

piątek, 17 grudnia 2010

Wokal

Charakterystyczny ból w krtani i głos drżący, zwłaszcza kiedy pragnie się wyciągnąć dłużej jeden dźwięk, czyli mówiąc wprost - zaśpiewać, chociaż w późniejszej fazie również mówienie powoduje ból, to objawy z całą pewnością dobrze znane wszystkim wokalistom. Nad drżeniem głosu spowodowanym przeforsowaniem strun głosowych nie da się zapanować. Chociaż, cholera, może się da, nie śpiewam zawodowo, więc nie wiem, ale może i na to są jakieś tricki. Ja w każdym razie ich nie znam i opanować drżenia głosu nie umiem. A ryknąć potrafię, wbrew pozorom. I nie lubię, jak mnie bolą struny głosowe.
Czemu tak się nad tym rozwodzę?
Ano temu, że to była pierwsza dolegliwość, jaka na mnie spadła wczoraj już bodaj 15 minut po tym, jak odpaliłam komputer, który wreszcie do mnie wrócił! :-))) Tak mam to w domu poustawiane, że muzyki słucham z komputera, tym dotkliwszy był dla mnie jego brak. Słuchawki do mp3 w żadnym razie nie zastąpią zestawu głośników i woofera, choćby i najmniejszego. Więc jak się wczoraj dorwałam, to natychmiast zdarłam gardło. ;-)

czwartek, 16 grudnia 2010

Neverending story, czyli kolejny odcinek "Sagi..."

Środa, godz. 9:00, siedzę w pracy, telefon.
- Dzień dobry, mam przesyłeczkę dla Pani.
- Dzień dobry. Zapraszam zatem po 17-tej, jak wrócę z pracy.
- Oj... A czy można by ją w razie czego zostawić u sąsiadów? (!!!)
- Może Pan próbować, ale wątpię, czy się to Panu uda. Poza tym, jeśli to mój komputer z serwisu, to wolałabym jednak, żeby trafił do mnie.
- No tak, to jest komputer. A może jakiś inny adres doręczenia?
Facet nie daje za wygraną. Pewnie, przywieź mi to do pracy, aja będę to ważące chyba tonę bydlę wieźć przez pół miasta do domu.
W końcu pada argument ostateczny:
- Bo my pracujemy do 16-tej.
- Ja też. I wcześniej niż o 17-tej (jak dobrze pójdzie!) nie będę w domu.
- A nie mogłaby Pani jakoś przyjechać do 16?
- Niestety nie.
Przesyłki niedoręczono. (Chociaż leciałam z pracy do domu z wywalonym ozorem).
(...)
Dzisiaj, 07:30, jestem w połowie drogi do pracy, telefon.
- Dzień dobry, mam przesyłeczkę dla Pani... (inny nr telefonu i inny głos).
- Zapraszam po 17-tej.
- Ale my pracujemy do 16.
- Ja też.
- A może jakiś inny adres doręczenia?
- Niestety nie.
- Może uda się Pani być jakoś wcześniej?
- Mam się zwalniać z pracy po to, żeby mógł mi pan dostarczyć przesyłkę?
- Niech się Pani postawi też w naszej sytuacji (!!!) Mam pracować ponad swoje godziny?
- Proszę zamówić kuriera, który dostarczy mi przesyłkę wieczorem.
- Wobec tego do widzenia.
- Do widzenia.
(...)
W ten oto sposób mój komputer, naprawiony w serwisie, już dwa razy był ładowany na samochód kuriera i co najmniej raz ponownie rozładowywany w magazynie firmy kurierskiej... Cierpnie mi skóra, na samą myśl...
Kiedy po przyjeździe do pracy skontaktowałam się z serwisem, który zajmował się naprawą i dowiedziałam, jaka to firma kurierska, to mi kapcie spadły. Bo zawsze uważałam ją za bardzo solidną i wiedziałam z całą pewnością, ze wożą przesyłki bez mała całą dobę, a tu taki afront i to serią.

środa, 15 grudnia 2010

In a darkened room

In a darkened room
Beyond the reach of God´s faith
Lies the wounded,
The shattered remains of love betrayed
And the innocense of a child is bought and sold
In the name of the damned
The rage of the angels left silent and cold
Forgive me please for I know not what I do
How can I keep inside the hurt I know is true?
Tell me when the kiss of love becomes a lie
That bears the scar of sin too deep
To hide behind this fear of running unto you
Please let there be light
In a darkened room
All the precious times have been put to rest again
And the smile of the dawn
Brings tainted lust singing my requiem
Can I face the day when I´m tortured in my trust
And watch it crystalize
While my salvation crumbles to dust
Why can´t I steer the ship before it hits the storm
I´ve fallen to the sea but still I swim for shore
Tell me when the kiss of love becomes a lie
That bears the scar of sin too deep
To hide behind this fear of running unto you
Please let there be light
In a darkened room
Skid Row
PS.
Zapomniałam dodać - Portierze, proponuję nie tłumaczyć tgo tekstu samodzielnie, bo Skid Row ma tak poetyckie przenośnie i takie metafory, że razem z kumplem nad jednym tekstem spędzaliśmy długie godziny, żeby to jakoś wyglądało.
Generalnie gorąco polecam sobie posłuchać, to heavymetalowa ballada, a wokalista ma głos, jak dzwon. Czapki z głów.

wtorek, 14 grudnia 2010

Moja pierwsza książka

To jest pierwsza książka, którą przeczytałam. Copyright z 1983 roku, ja ją przeczytałam zapewne jakiś rok później. Trzymam z sentymentu, może kiedyś moje dziecko też ją przeczyta jako pierwszą. Na dźwięk tych dwóch słów: "ptasie radio", moja mama do dziś dostaje białej gorączki... ("Mamo, pocytaj, pocytaj mi!")

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Saga o kurierach

Przyszła i na mnie pora, by dorzucić kamyk do sagi o kurierach, którą prowadzi kolega Portier http://otoportier.blogspot.com/. Otóż, jak już wspominałam, padł mój domowy blaszak. Zgłosiłam do serwisu (bo to taki z gwarancją), zgłoszenie przyjęto i poinformowano mnie, że w ciągu dwóch dni roboczych przyjedzie kurier zabrać komputer. Owe dwa dni to był miniony czwartek i piątek. Ponieważ dziś jest poniedziałek, a wielkie pudło z komputerem wciąż zalega niewzruszenie w moim domu postanowiłam interweniować. Najpierw w serwisie, gdzie dostałam informację o numerze listu przewozowego oraz o tym, że - uwaga! - kurier już dwa razy był u mnie po przesyłkę! Ciekawe... Dalej okazało się, że pomimo, iż zaznaczyłam w serwisie, że odbiór komputera będzie możliwy dopiero po 17:00 to tak go zamówili, że gość był u mnie, owszem dwa razy. O 12:00. A o 21:00 dopiero zeskanował pusty kwitek, jak zawitał na magazyn... I wychodzi na to, że kurier był o 21:00 u mnie i nie odebrał przesyłki. Na koniec jeszcze jedno zdanie z innej strony: niedawno zadzwonił do mnie inny kurier z informacją, że ma przesyłkę do lokatorów drzwi obok, ale tam nikogo nie ma, czy może więc zostawić ja u mnie? No, ludzie... Ja rozumiem, że chłopu się nie chce latać w tę i z powrotem, ale jego obowiązkiem jest dostarczyć przesyłkę do adresata, a nie dom dalej. Firma kurierska jest ubezpieczona, dlaczego ja mam brać na siebie odpowiedzialność za cudzą przesyłkę? Co to za pomysł w ogóle? Nie dawajcie się wmanewrować. Nigdy nie wiadomo, co zawiera przesyłka. Może książki. Może trotyl?

środa, 8 grudnia 2010

Nowe (stare?) barwy w Formule 1

No kurde... Właśnie przeczytałam, że zmieniają się kwestie właścicielskie w Renault i wchodzi tam niejaki Lotus. Oby tylko niósł ze sobą rozwój, a nie tyłowanie. I wszystko było fajnie, ale tąpnęło mną dopiero, jak zobaczyłam nowe barwy bolidu. Skojarzenie ciśnie się samo!.. Czarno - złoty bolid i do tego opony od nowego dostawcy też jak Eagle Goodyear`a za dawnych czasów... A w tym wszystkim Robek. Poezja!.. Poniżej Lotus Renault 98T Ayrtona Senny w barwach John Player Special i z oponami Goodyear. Echhh... niech to będzie dla Kubka dobrą wróżbą.

Reflekszyn 3

Żonaci mężczyźni nie powinni zawracać głowy niezamężnym kobietom.

środa, 1 grudnia 2010

Zepsuty komputer

Zepsuł mi się domowy komputer.
Całkiem. Poczyniłam już przygotowania do wysłania go do serwisu. Zaistniałą sytuację cechuje mnóstwo minusów rzecz jasna, długo by wymieniać, ale wystarczy powiedzieć, że nie mogę posłuchać muzyki czy audiobooków, ani wygooglować czegoś na szybko. Poza tym są same plusy takiej sytuacji. Przede wszystkim - odzyskałam mnóstwo czasu! Nareszcie na przykład doczekały się uporządkowania papiery, które na to szczęście czekały już prawie rok. Okazało się, że ja jednak masę życia spędzam przed kompem i tak się teraz zastanawiam, czy go w ogóle naprawiać..? Ale nie, jest jeszcze na gwarancji, więc do serwisu wysłać trzeba, chociażby po to, żeby się owa gwarancja nie zmarnowała. Pocztę sprawdzam w pracy, posty publikuję też w pracy, komunikatora również używam tutaj. Jednym słowem istnieję od 8 do 16. Potem wychodzę do domu.
I podoba mi się to.

Zmarła Pani Gabriela Kownacka

Pani Gabrielo kochana, zostawiła Pani pana Piotrusia z całą tą dziecięcą ferajną samego... Jak on sobie teraz da radę, bidulek? Przegrała Pani z rakiem niestety... najwidoczniej za słabo trzymałam za Panią kciuki, bo trzymałam, odkąd dowiedziałam się, że Pani choruje. Wielka szkoda, bo z panem Piotrem tworzyliście wspaniały duet - mój ulubiony, polski duet aktorski. Chyba mało kto zwracał na to uwagę, tak w "Rodzinie zastępczej", jak i wiele lat wcześniej w "Halo, Szpicbródka". Bardzo żałuję...

wtorek, 30 listopada 2010

Trzy godziny i dwanaście minut

Tyle czasu trwała moja wczorajsza podróż powrotna do domu.
Albo nie jechało nic, albo akurat nie to, na co czekałam. W tym czasie widziałam jeden (słownie: JEDEN) pług śnieżny, po przejeździe którego droga wyglądała o niebo lepiej, ale - jak wiadomo - jedna jaskółka wiosny nie czyni. Minęłam za to dwa zepsute autobusy - obydwa z tych nowych, co daje do myślenia. Czekając na próżno na swój autobus obserwowałam też jadące bokiem, ślizgające się samochody, przy czym przyznam od razu, że nie spodziewałam się, że taka przypadłość może dotknąć Mercedesa 124, przecież to ciężkie bydlę jest. Inna sprawa, że widywałam też opony zalepione na gładko błotem pośniegowym z jezdni, a to wiele tłumaczy.
Udało mi się dostać do środka jednego autobusu - wepchnął mnie napierający za mną tłum ludzki. Tłum ów, sądząc z niektórych wypowiedzi, podobnie jak ja będący w podróży z pracy do domu już od kilku godzin, wykazał się niebywałym wyczuciem sytuacji, co znacznie podniosło morale. Moje na pewno. Humor nie zawiódł, poniżej kilka przykładów.
(...)
- Panie kierowco, prosimy o film!
(...)
- Nie wiedziałem, że robią towarowe te autobusy...
(...)
- Dzwoni mi telefon, ale nie mam jak sięgnąć...
- Pan powie, w której kieszeni, pomożemy!
- On tak fajnie wibruje...
(...)
/jakaś kobieta rozmawiając przez telefon/
- No słuchaj, na rondzie stoję, ja wyszłam z pracy już półtorej godziny temu!
- Pani się nie martwi, na tablicy jest napisane, że za piętnaście minut będziemy już na pętli...
- Błogosławieni ci, co mają tyle miejsca, żeby rozmawiać przez telefon komórkowy.
Pozdrawiam Was serdecznie, wszyscy moi wczorajsi współtowarzysze niedoli. Dziękuję za Wasz humor, bez niego nie dałabym rady.

wtorek, 23 listopada 2010

But

Ilekroć na niego patrzę dochodzę do wniosku, że to but do chodzenia wyłącznie po domu. Dlaczego? Byłoby mi bardzo szkoda zedrzeć na chodniku tę błyszczącą podeszwę...

piątek, 19 listopada 2010

Mamchatam

Wojna o grosz - kolejna bitwa

Znów mój ulubiony sklep z kawą.
Pani oczywiście nie ma wydać, czy może być bez tego grosika. Już miałam się zgodzić, ale wrodzona przekora wygrała. Pani pogrzebała w przegródce kasy i widocznie znalazła tam 5 gr, bo zapytała mnie czy mam 4 gr. Nie. Mam ewentualnie 3 gr.
Teraz uwaga: pani ma 5 gr, ja 3 gr. Gdyby wydała mi w ten sposób reszty, to ja dostałabym o 1 gr za dużo, czyli mój ulubiony sklep z kawą byłby o ten 1 gr stratny. Co się zatem dzieje w takiej sytuacji? Czy pani jest w stanie machnąć ręką na ten grosik?
Nie.
Kazała mi poczekać, pobiegła na zaplecze skąd przyniosła - uwaga! - zafoliowany rulonik jednogroszówek! Przypuszczam, że z 1 zł tego było.
Czyli jednak miała wydać grosika.

niedziela, 14 listopada 2010

Formuła 1 A.D. 2010

No to Jenson Button został zdetronizowany. Nowym, świeżo upieczonym, miłościwie nam panującym Mistrzem Świata Formuły Jeden został właśnie dziś, na bardzo interesującym torze Yas Marina Circuit w Abu Zabi, niejaki Sebastian Vettel, lat 23. "Borówa", czyli Andrzej Borowczyk, cztery lata temu, nazywał go "blond cherubinkiem", kiedy ten 19-letni wówczas gówniarz pojawił się w F1. A dziś chłopię popłakało się w kask po przejechaniu linii mety, słysząc w słuchawkach: "Weltmeister!"
Gratulacje Sebastian!
A teraz cztery miesiące przerwy.

środa, 10 listopada 2010

wtorek, 9 listopada 2010

Rozterka

Czy to możliwe, że w życiu kocha się tylko raz?

A jeśli tak, to czy wszystkie kochania przed są jedynie po to by nauczyć człowieka, jak rozpoznać tę właściwą miłość, by nauczyć go kochać naprawdę? A wszystkie kochania po są jedynie żałosnym wspominaniem tamtego kochania i nieudolną próbą zatrzymania tego, czego już dawno nie ma?

poniedziałek, 8 listopada 2010

Szmira za trzy grosze

Pani sprzedawczyni z mojego ulubionego sklepu (http://duzeka.blogspot.com/2010/09/bez-grosika.html) przeszła dziś samą siebie. Rachunek wyniósł 29,97 zł. Podałam 30 zł. Pani zapakowała zakupy, przybiła pieczątki na karcie, podała mi paragon i z uśmiechem powiedziała "Dziękuję". A reszta? zapytałam. Pani znów się uśmiechnęła. "Ha ha, trzy grosiki" opowiedziała pogodnie i wydała resztę.
Ja może się czepiam, bo mam okres, ale fakt, że kasjerka w sklepie nawet nie zamierza wydać reszty, to już przesada...

czwartek, 4 listopada 2010

Facet z przystanku

Widziałam dziś na ulicy mężczyznę. Stał spokojnie na przystanku autobusowym, w rękach splecionych za plecami trzymał książkę. Taki normalny facet. Ani nie brzydki, ani oszałamiająco przystojny. Zwyczajny, nie nudny, ale też nie super interesujący. Nie niski, nie wysoki. Taki sobie normalny facet wyglądający tak, jak powinien wyglądać facet w jego wieku. Z pogodnym obliczem.

Widok ten obudził we mnie ogromną tęsknotę. Za takim właśnie, na wskroś normalnym facetem. Takim odpowiednim w każdym calu, wzdłuż i wszerz znajdującym się na właściwym miejscu o właściwej porze. Tutejszym, swojskim, z pogodnym obliczem, przy którym wszystko ma swoje miejsce i jest na swoim miejscu.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Święto

Jeden dzień świąteczny i brak spamu w skrzynce.
Tej wirtualnej i tej prawdziwej również.
Święto.

piątek, 29 października 2010

Errata

Miał być obrazek z demotów o patriotyzmie, ale postanowiłam nie powielać innych. Polecam sobie znaleźć "Patriotyzm" na Demotywatory.pl. Rzecz o budowaniu Polski takiej, jaka być powinna i w jakiej chcielibyśmy mieszkać i żyć. Przynajmniej ja bym chciała.

Kod dostępu

Maila o takim tytule dostałam z jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego adresu. Znaczy ok, ok - było nazwisko jakiejś pani plus zaznaczenie, że dostają takiego maila wszyscy szczęśliwi (?) posiadacze kont Onetpoczty.

Zgodnie ze zwyczajem, jaki mnie ostatnio opanował, a który - o dziwo - czasem działa, odpisałam z prośbą o niezaśmiecanie mi skrzynki pocztowej. Zaraz natychmiast przyszedł mail, że moje zgłoszenie zostało zarejestrowane i skontaktuje się ze mną pracownik Reader`s Digest.

W takich chwilach czuję się ćwierćmózgiem...

Inna sprawa, że niejaki Reader`s Digest jest bodaj najbardziej znienawidzoną marką w Polsce, właśnie ze względu na ich agresywny i podstępny marketing. Ja osobiście mam do nich własną, prywatną, zajebistą zadrę za to, że w dniu pogrzebu mojego śp. Taty przysłali na jego nazwisko swoją nieśmiertelną kopertę z informacją, że wygrał w loterii...

Reasumując: "Kod dostępu" oznaczcie od razu jako spam i NIE ODPISUJCIE.

Ja czekam na rozwój sytuacji. Całość jednakowoż przypomina mi skecz - monolog w wykonaniu Jana Kobuszewskiego "Książka życzeń i zażaleń", do obejrzenia tu: http://www.youtube.com/watch?v=ZzivIBKepP4&feature=related

piątek, 22 października 2010

To uczucie...

...kiedy słucham piosenki, która mi się bardzo podoba, o której rozmawialiśmy i co do której wiem, że Tobie też się podoba, a której nigdy nie słuchaliśmy razem.

czwartek, 21 października 2010

Test na kosmatość myśli

"- Nie mam sumienia Cię wykorzystywać... Zrobiłabyś mi..?"
Tak brzmiała odpowiedź udzielona mi przez pewnego mężczyznę.
Jak brzmiało pytanie? :-)

poniedziałek, 11 października 2010

"...waiting for the letter, a letter from hell..."

Doprawdy nie myślałam, że kiedyś to zrobię, ale nie mogę się oprzeć. Po raz pierwszy umieszczam na blogu klip do nagrania, które mnie powaliło. Kto by pomyślał, że Małaszyński ma taki wokal!.. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego kawałka, odkąd go pierwszy raz usłyszałam w telewizorni. Moi koledzy pewnie zakrzyknęliby, że to heavy metal dla panienek, ale mam to w gdziesiu. Ogromną przyjemność sprawia mi słuchanie, jak Małaszyński robi co należy ze swoim głosem do tej muzyki. Szacun & rispekt! Co z tego, że nie wszystkie ich kawałki są takie, ten jest i mnie to wystarczy. Z dziką rozkoszą robię mu reklamę na swoim blogu.
Enjoy...

poniedziałek, 4 października 2010

Air Traffic Controller

Trafiłam dziś na stronkę, gdzie można śledzić ruch lotniczy. Niestety tylko śledzić i tylko nad Europą, samoloty np. nad USA nie są nawet identyfikowane. Ale dobre i to. I tak jest frajda znaleźć chociażby LOT15: Warszawa, Okęcie - New York, Newark. Jak kogoś czeka noc bezsenna, to niech mi później zostawi wiadomość, o której lot dotarł na miejsce. ;-)

sobota, 25 września 2010

Kto rano wstaje...

Pewnemu młodemu mężczyźnie, z którym dawno się nie widzieliśmy, wysłałam swoje zdjęcia z jazdy na rolkach. W spodniach od dresu i dresowej bluzie, przystrojona jak choinka w ochraniacze (kolana, łokcie, nadgarstki), włos spięty w kucyk. W odpowiedzi napisał: "Jaka Ty laaaskaa jesteś :*:*:*".
Warto było wstać rano i odpalić pocztę, by przeczytać te słowa.

wtorek, 21 września 2010

Bez grosika

Kupowałam dziś kawę. 9,99 PLN. Dałam 10 PLN. Czy może być bez grosika?. Nie. Mina obu pań kasjerek - bezcenna.
Zawsze, zawsze, po prostu zawsze w tym sklepie jest ta sama śpiewka.
Dlatego zaczęłam - dla odmiany - żądać wydania mi tego grosika. Zawsze. Zdziwilibyście się się, jakie panie kasjerki potrafią być wtedy pomysłowe, żeby wydać ci grosz reszty.

piątek, 17 września 2010

Cytaty

Taka refleksja mię wczoraj naszła, że jedni mają w głowie mnóstwo cytatów na każdą okazję, tylko nie mają tychże okazji, aby swoją wiedzę należycie wykorzystać i odwrotnie - są tacy, którym wciąż trafiają się sytuacje, które aż się prosi, by okrasić pięknym cytatem, tylko, że oni ich nie znają.

czwartek, 16 września 2010

Nie budź się...

Mnóstwo rzeczy mam teraz na głowie, wracam do domu bardzo zmęczona, zasypiam i wstaję rano nie pamiętając czy coś mi się w ogóle śniło. Raz w zeszłym tygodniu przytrafił mi się koszmar jakiś, aż się obudziłam w środku nocy.
A dziś nie chciałam się budzić...
Mój dzisiejszy sen był niczym sytuacja w barze rodem z dowcipów - zaczął się od spotkania z moim doradcą finansowym, który kompletnie mi się nie podoba, ale we śnie zaczął on przybierać coraz piękniejszą postać, aż wreszcie stał się pociągającym brunetem, o urodzie ni to męskiej, ni chłopięcej, w każdym razie takiej, której nie mogłam się oprzeć... Zupełnie jak w tym dowcipie barowym, kiedy to brzydka kobieta pięknieje z każdym wypitym piwem bardziej.
Pociągłe spojrzenia i namiętne pocałunki to było coś, w czym zatopiłam się bez pamięci i gotowa byłam na znacznie więcej. Gdyby nie pobudka pewnie byłoby jeszcze milej i przyjemniej między nami. A tak rozmyślałam dziś o Nim całą drogę do pracy...
Jestem, może to lepiej, we śnie Twoim głęboko, tam gdzieś, proszę więc nie budź się...

poniedziałek, 13 września 2010

Rollcage

Wczoraj byłam drugi raz w życiu na rolkach, wówczas jeszcze pożyczonych, teraz już oficjalnie moich. :-)
Jeździłam sobie (o ile to, co wyprawiałam na tych rolkach jazdą nazwać można) po asfaltowych alejkach w parku. Muszę przyznać, że po pierwszych kilku minutach miałam ochotę je zdjąć i rzucić w kąt, ale przetrzymałam dzielnie i rozjeździłam się.
Zwróciłam też uwagę, że początkujący rolkarz, a przynajmniej ja, spotyka się z ogromnym zrozumieniem i życzliwością wśród reszty osób spacerujących (i nie tylko) po parku, czy gdzie tam akurat trenuje. Wiadomo, że wygląda się co najmniej śmiesznie, jadąc w pozycji rozkraczonej żaby na kółkach, ale jakoś nikt się z ciebie nie nabija. Przeciwnie. Raz miałam na kursie kolizyjnym panią na rowerze, która to pani widząc mnie zjechała na bok ustępując mi miejsca. Podziękowałam, a ona mi na to: "Nie ma sprawy. Wiem jak to jest, bo sama się uczyłam". Innym razem dogonił mnie jakiś pan jadący na rowerze i zachęcał do wysiłku, przez chwilę jechaliśmy obok siebie i zamieniliśmy kilka słów na temat jazdy na łyżwach, bo to było owemu panu bliższe. Naprawdę byłam szczerze zaskoczona tymi pozytywnymi przejawami. Wydaje mi się, że każdy rolkarz czy rowerzysta (to było mi do tej pory bliższe) również może liczyć na życzliwe podejście jeśli tylko sam nie będzie jeździł po chamsku i stwarzając zagrożenie dla innych. Bo jak określił to mój znajomy, to taki "pozytywny wkurw", pozytywna zazdrość, że on umie, a ja nie. I taki mały szacun. Cieszy mnie tym bardziej, że powoli i ja dołączam do tego grona.
Kto nie jeździł bodaj raz na rolkach nie zgadnie, jakie i gdzie zakwasy mogą się po tym pojawić...
Przypomniało mi się jeszcze: wczoraj zdobyłam cenną wiedzę, że trawa to mój sprzymierzeniec na rolkach. Na trawie rolki nie jadą, stoi się i chodzi, jak w niewygodnych butach, ale bardzo swobodnie. Nie jeździłam na nartach wprawdzie, ale wydaje mi się, że chodzenie w rolkach po trawie przypominac musi próbę marszu w butach narciarskich. Trawa jest fajna. ;-)
Rollcage to gra na PC; wyścigi niewielkich pojazdów wyposażonych w ogromne koła, co pozwala jeździć do góry nogami, przewracać się przez plecy i kontynuować jazdę. Polecam.

środa, 1 września 2010

wtorek, 24 sierpnia 2010

W takie dni, jak ten

W takie dni, jak ten chcę, żebyście się wszyscy ode mnie odpierdolili.
W takie dni, jak ten patrzę na świat przez pryzmat swoich porażek, nie sukcesów.
W takie dni, jak ten mam żal do ludzi, że nie potrafię do nich dotrzeć, że nie znam języka, w którym mogłabym przemówić, żeby mnie zrozumieli.
W takie dni, jak ten przypierdoliłabym komuś za to, jak się czuję, ale nie wiem komu.
W takie dni, jak ten nie podchodź bez kija.
W takie dni, jak ten zamykam się w sobie.
W takie dni, jak ten szukam dziury w całym i do wszystkiego się przypieprzę.
W takie dni, jak ten...

piątek, 20 sierpnia 2010

Pozytywnie zakręceni

Byłam wczoraj na spotkaniu.

Miało ono charakter biznesowy, ale po części oficjalnej wybraliśmy się całą grupą do McDonalda na kawę. Było nas tam łącznie około 12 osób, kobiet i mężczyzn, w różnym wieku (od 18 do przeszło 50 lat), z różnymi doświadczeniami życiowymi, na różnych stanowiskach, w różnych firmach. Byli to ludzie właściwie mi obcy, obcy w tym sensie, że poza jedną osobą, którą znam już od kilku lat i z którą przegadałyśmy wiele godzin o bardzo ważnych, życiowych sprawach, cała reszta nie była mi aż tak bliska. I w tej grupie różnych osób, która siedziała ze sobą tyle czasu, ile potrzeba do wypicia gorącej herbaty, coli, czy shake`a, ani razu nikt nie narzekał. Siedzieliśmy uśmiechnięci, zrelaksowani, spokojni. Dyskutowaliśmy żywiołowo, a jakże, a wszystko, cokolwiek zostało powiedziane służyło wzajemnemu wsparciu i pokrzepieniu, dodaniu motywacji do działania. Nie padło ani jedno słowo mogące kogokolwiek z nas zdemotywować, nikt na nic nie narzekał, nie było rozdrapywania ran, analizowania porażek z przeszłości i niewykorzystanych szans. Nie było „przerzucania się osiągnięciami”, byle okazać się lepszym od pozostałych. W ogóle nikt nie mówił o przeszłości, wszystkie rozmowy dotyczyły tego, co będzie, nie tego, co było.

I to było niesamowite.

Pojechałam na to spotkanie zmęczona po dniu wytężonej pracy. Nie miałam ochoty jechać jeszcze do McDonalda. W Maku zastanawiałam się czy nie zamówić kawy, żebym mogła w ogóle przetrwać resztę spotkania. A tymczasem całość dała mi pozytywnego kopa, dzięki któremu kawa zupełnie nie była potrzebna. Wróciłam do domu wprawdzie zmęczona, ale bardzo zadowolona.

środa, 4 sierpnia 2010

Niech język giętki...

Working, where the pain is for pay.
To znaczy, że jak wygląda zapłata..? (jeśli powiedzieć to wystarczająco szybko)

wtorek, 3 sierpnia 2010

PKB

Nie znasz tego miejsca.
Jeszcze nie, bo zamierzam Ci podpowiedzieć, jak je znaleźć.
Obserwuję za to statystykę innej strony, którą odwiedzasz.
Ciekawe czy wracasz tam z sentymentu, czy szukasz wskazówki?
Wszystko jedno, jaki jest powód. Wiem, kiedy wchodzisz i co czytasz.
To jak być Lisbeth Salander – namiastka hakerskiej wszechwiedzy, ale mnie wystarczy.
Pieprzony Kalle Blomkvist.
Kiedyś powiem Ci, gdzie masz szukać.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Być jak Lisbeth Salander

Niewątpliwie Lisbeth cierpi na jakieś bliżej niezidentyfikowane zaburzenie psychiczne, jakiś ″zespół″, tylko nie wiadomo dokładnie jaki. Najbardziej prawdopodobni sprawcy jej zachowania to zespół Aspergera lub autyzm. Krótko mówiąc Lisbeth nie jest normalna. Ma wspaniały, analityczny umysł, który pozwala jej roztrząsać najbardziej skomplikowane tematy, jest doskonałą hakerką, potrafi dotrzeć do najtajniejszych informacji, ma fotograficzną pamięć, a przy tym nie radzi sobie w kontaktach międzyludzkich, jest raczej typem samotnika, świadomego, że może liczyć wyłącznie na siebie, ma jest lojalna, a w jej poczuciu sprawiedliwości nie ma półśrodków i przedawnień.
Jedyna grupa, do której czuje prawdziwą przynależność, to Hacker Republic – grupka ludzi podobnie jak ona wyalienowanych ze społeczeństwa, posiadających umiejętności, dzięki którym świat przestaje mieć jakiekolwiek tajemnice. Ludzie ci służą sobie nawzajem pomocą, często za określonym wynagrodzeniem, w zależności od zadania, które trzeba wykonać, ale potrafią też zadziałać na zasadzie ″wszyscy za jednego″, kiedy ktoś z nich dozna krzywdy. Tworzą społeczność, której życie toczy się w Internecie, stworzona przez nich Republika ma ograniczoną liczbę członków, dostać można się tam jedynie z polecenia. Całość przypomina nieco czat – pseudonimy sprawiają, że można w pewnym sensie pozostać anonimowym, nie ma konieczności podtrzymywania rozmowy i zawracania sobie głowy wszystkimi innymi sprawami, jakie wiążą się z utrzymywaniem znajomości w realnym świecie.
Po zapoznaniu się z Trylogią Millennium czytałam też sporo o samym śp. Stiegu Larssonie, a także o tym, co zwykli ludzie piszą na temat Pieprzonego Kalle Blomkvista i Lisbeth. Bardzo przypadł mi do serca jeden komentarz kończący się zdaniem, które brzmiało mniej więcej: ″zazdroszczę tym, którzy dopiero zaczynają czytać″. Znalazłam też inny, o tym, że ślady Lisbeth Salander w zasadzie każdy może odnaleźć w sobie. To dało mi do myślenia.
Współczesny świat – globalna wioska, ze swoją wysokorozwiniętą technologią, Internetem, do którego prawie wszyscy mają dostęp, paradoksalnie sprzyja alienacji jednostki. Ale była w sieci. Z łóżka w Sahlgrenska mogła dotrzeć do każdego miejsca na świecie. Dziś wystarczy usiąść do komputera podłączonego do Internetu, by zwiedzać świat, poznawać ludzi, zawierać przyjaźnie, itp. A jeśli nam się coś nie spodoba wystarczy się wyłączyć wciskając jeden guzik. Instant friend, jak to określił kiedyś jeden z moich znajomych: masz ochotę/potrzebę pogadać – włączasz i jest, masz dość – wyłączasz. Just like that. A między włączeniem a wyłączeniem możesz być kim chcesz, gdzie chcesz. Relacje międzyludzkie w Internecie również są dosyć specyficzne, na co również zwraca uwagę Lisbeth: Zastanawiała się, dlaczego ona, osoba tak niechętnie mówiąca o sobie z ludźmi, których spotyka na żywo, może bez skrępowania zwierzać się w Internecie z najintymniejszych tajemnic grupie całkowicie nieznanych wariatów. W Internecie obcych ludzi obdarza się zaufaniem, na które w realu pracuje się długie lata. Tylko w sieci robi się to w pewnym sensie anonimowo, występując jedynie jako nick – imię bez twarzy i reszty tożsamości, natomiast w prawdziwym życiu potrzeba najczęściej beczkę soli i bardzo dużo wódki. Myślę, że z czasem coraz więcej ludzi będzie miało coraz większe problemy z przystosowaniem społecznym, jak Lisbeth, chociaż nie będzie to spowodowane zaburzeniami psychicznymi, ale przenoszeniem życia z jego prawdziwego wymiaru, do Internetu.
Tak czy owak Lisbeth funkcjonuje jednak w społeczeństwie. Pracuje, zarabia pieniądze, robi zakupy, uprawia seks. Tylko wszystko robi niejako po swojemu. Kwestią jej ubezwłasnowolnienia nie będę się zajmować, pozwolę sobie jedynie na uwagę, że jest to arcydelikatna materia i niezwykle łatwo tu zrobić człowiekowi straszną krzywdę. Lisbeth Salander prowadzi życie samotnika i z tego powodu ta postać jest mi bardzo bliska. Po śmierci matki, po odzyskaniu wolności, po zabezpieczeniu zarządzania skradzioną fortuną odkrywa nagle, że jej życie przestało biec w określonym kierunku. Z sytuacji, kiedy wiele musiała, a niewiele mogła znalazła się w dokładnym jej przeciwieństwie: wiele może, prawie nic nie musi.
Człowiek jest jednak istotą społeczną i prędzej czy później zawsze buduje społeczności, w których potem funkcjonuje. Pod względem sposobu w jaki funkcjonuje w społeczeństwie Lisbeth Salander, jaką stworzył Stieg Larsson, jest mi bardzo bliska. Są mianowicie obszary, gdzie chcę poczuć przynależność i łączyć się we wspólnocie poglądów, ale bardzo nie lubię, kiedy mi się cokolwiek narzuca, nie daj Boże jeszcze dla mojego dobra. Nie raz i nie dwa usłyszałam już, że moje reakcje są dziwne i nieprzewidywalne – nieprzewidywalne zarówno in plus, jak i in minus. Czasem mam wręcz wrażenie, że ciągle ktoś mnie opierdala za moje zachowanie, za sposób traktowania ludzi i spraw. Zdaję sobie sprawę, że mój sposób myślenia jeśli chodzi o relacje międzyludzkie wymyka się schematom i standardom, a jednocześnie czasami potrafię właśnie w taki czysty schematyzm popaść. Postać Lisbeth jest mi bliska jeszcze z jednego powodu – ona lubi wiedzieć o ludziach wszystko, nawet, a może zwłaszcza to, co najbardziej pragnęliby ukryć. Wynika to raczej z potrzeby zdobycia i posiadania informacji, niż chęci ich późniejszego wykorzystania, np. przeciwko temu konkretnemu człowiekowi – Sally jest uzależniona od informacji. Implikacją tego podejścia czy postępowania jest fakt, że – jak już wspomniałam – jeśli nie zostanie do tego zmuszona, nigdy nie obraca zdobytych informacji przeciw człowiekowi. Na podstawie posiadanej wiedzy może zdecydować czy chce utrzymywać z kimś kontakt czy nie. Ale informacje, które posiada zachowuje dla siebie. Pozwala ludziom by byli sobą. Tak traktuje innych i oczekuje, że sama również będzie traktowana w ten sposób. Nie ważne gdzie pracujesz, z kim sypiasz, ani jak się ubierasz. Ważne jakim jesteś człowiekiem, ważne, że pozwalasz mi samodzielnie wyrobić sobie o tobie zdanie, ważne, że nie zmuszasz mnie, bym cię lubiła. Ważne, że ja w twoim towarzystwie mogę być sobą – duszą towarzystwa, albo wyalienowanym, gburowatym milczkiem i nadal czuć się swobodnie. Nikt z nas nie jest idealny i każdemu trzeba pozwolić nie być idealnym. Tylko wtedy każdy będzie mógł być sobą i czuć się z tym dobrze. Nie musisz mnie kochać, ani ja ciebie, szanuj tylko moją odmienność tak samo, jak ja szanuję twoją.
W tym momencie moich rozważań nad Lisbeth Salander przyszedł czas na refleksję dotyczącą seksu i seksualności. Jak wiadomo Lisbeth poświęca w tej kwestii sporo czasu niejakiej Miriam Wu, choć nie oznacza to, że nie sypia również z Pieprzonym Kalle Blomkvistem, tudzież innymi mężczyznami. Z książek Larssona wyłania się obraz dość liberalnego podejścia Skandynawów do sprawy homoseksualizmu – doskonale funkcjonują tam pary jednopłciowe, domyślam się, że nie jest to jedynie fikcja literacka, tylko tak naprawdę wygląda rzeczywistość w Szwecji. Znów dotykamy tu kwestii poszanowania odmienności i to w odniesieniu do bardzo delikatnej dziedziny życia. Czy jestem homofobem? Nie wiem. Jak widzę parady równości, czy laski demonstracyjnie obściskujące się na ulicy, to tak. Jakoś nie czuję potrzeby manifestowania w ten sposób swoich zapatrywań. Mam natomiast silne poczucie wolności i daję każdemu człowiekowi prawo życia według jego własnych potrzeb. Po prostu żyj i daj żyć innym. Znam facetów, którzy są zdeklarowanymi heterykami, znam i takich, którzy od czasu do czasu marzą, by pieścić faceta. W niczym to nie umniejsza ich w moich oczach, przeciwnie – doceniam dojrzałość i otwartość. Mnie samej smak kobiety obcy nie jest, aczkolwiek to raczej marginalne przygody, bo gdyby kazano mi wybierać, to bez sekundy wahania wolę facetów. Moje obserwacje wskazują zresztą, że heteroseksualne kobiety sięgają po towarzystwo drugiej kobiety najczęściej w sytuacji, gdy zawodzi je męska część świata. Najczęściej jest to chwilowe, jednorazowe. Niemniej jednak z ust niejednej rozczarowanej kobiety słyszałam słowa, że chyba przerzuci się na facetów. Coś w tym jest. Może w ramach kryzysu wieku średniego i ja rozejrzę się za swoją Mimmi? Ale wracając do tematu Lisbeth – dla niej orientacja seksualna nie stanowi o wartości człowieka, tak jak i mnóstwo innych rzeczy. Uważam to za świetną postawę życiową i pod tym względem oceniam, że Lisbeth Salander jest doskonale przystosowana do funkcjonowania w społeczeństwie. Takich ludzi jest wokół nas sporo – pozornie kompletnie nieprzystosowanych do życia. A czasem zamiast na siłę doprowadzać ich do normalności wystarczy po prostu się nie wtrącać.

piątek, 30 lipca 2010

Skuter i klapki

Niestety nie widać tego dokładnie, ale istota siedząca na tymże skuterze ma na stopach skarpetki i klapki. Jesli ktoś nie zauważył dodam, że leje, jak z cebra. Niech powyższe zdjęcie dołączy do pozostałej rzeszy szpilek na Kasprowym i japonek na skałkach, tudzież innych świadectw ludzkiej głupoty. Howgh.

środa, 28 lipca 2010

Stieg Larsson, the man behind Lisbeth Salander

Ech, nie mogę się jeszcze otrząsnąć po lekturze Trylogii Millennium...
Znalazłam stronę poświęconą Stiegowi Larssonowi - http://www.stieglarsson.com/, o dość znamiennym tytule: "Stieg Larsson, the man behind Lisbeth Salander". Wyczytałam tutaj dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że tuż przed śmiercią Larsson zdołał napisać początek i koniec CZWARTEJ części. Środka mocno brakuje, trwają dyskusje czy jego partnerka mogłaby go uzupełnić i wydać czwartą część sagi. Podobno czegoś tu zabrania prawo szwedzkie. Fuck.
Ale mnie najbardziej zasmucił fakt, że Stieg Larsson, nim zabrał się za pisanie poszczególnych książek, opracował szkic całej serii, która w efekcie końcowym miała liczyć... DZIESIĘĆ KSIĄŻEK! Dziesięć! Zmarł nagle na zawał serca zdążywszy skończyć trzy i pół czwartej.
Ech, Panie Boże, mam wrażenie, że czasem się pośpieszysz...
By the way: nie widziałam żadnego filmu nakręconego na podstawie którejś części, niemniej jednak z opisów Larssona w książkach stworzyłam sobie obraz Lisbeth Salander, jako osoby podobnej z wyglądu do naszej wokalistki, Kasi Kowalskiej. Aktorka wybrana do odtwarzania roli Lisbeth, której twarz widać na stronie, też mi się tak kojarzy.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Stieg Larsson Trylogia Millennium

1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
2. Dziewczyna, która igrała z ogniem
3. Zamek z piasku, który runął
Dawno już nie miałam do czynienia z tak doskonałą lekturą. Dwie pierwsze części połknęłam w postaci audiobooków, trzecią przeczytałam w postaci dokumentu pdf, nie mogąc się doczekać zaopatrzenia w audiobooka (dziś sprawdziliśmy z Dżazim w Empiku - nie ma jeszcze, znaczy w ogóle chyba jeszcze nie została wydana). Już poprzednio pisałam, że wszystko, co powiedziano i napisano o tych trzech pozycjach to sama prawda. Literatura skandynawska, więc może okazać się nieco specyficzna (patrz "Dzieci z Bullerbyn"), niemniej jednak moje potrzeby zaspokoiła z nawiązką. Wspólnie z Dżazim wyraziliśmy pogląd, że z jednej strony szkoda, że taki talent, jak Stieg Larsson odszedł już z tego świata, a z drugiej może to lepiej, bo resztę życia zabrałoby nam czytanie tylko i wyłącznie jego książek.
Literatura, a właściwie temat podjęty przez Larssona lekki nie jest, bo chodzi o przemoc wobec kobiet. Jako kobiecie trudno mi pozostać wobec niego obojętną. Zdarzało mi się robić przerwy w odsłuchiwaniu audiobooka właśnie z tego powodu. Niemniej jednak mogę powiedzieć, że opisy pewnych zachowań seksualnych oraz ich mechanizmów Stieg Larsson opisał z dużym znawstwem tematu. Konkretnie chodzi o sadyzm i BDSM. O mechanizm wyboru ofiary i o sposób, w jaki BDSM i osoby nim się zajmujące postrzegane jest w przeciętnym świecie. Ciekawa jest również możliwość spojrzenia na życie seksualne Skandynawów i w ogóle sposób, w jaki traktują seks. Gorąco polecam.

Dziwna reakcja

Jestem dziwna. Jakiś czas temu przesłałam pewnej znajomej osobie coś mailem. Wcześniej nie wymieniałam z tą osobą korespondencji drogą elektroniczną. Zatem wysłałam, co miałam wysłać i za chwilę dostałam podziękowanie. Po kolejnej chwili dostałam zestaw dowcipów. Przeczytałam, podziękowałam i wyraziłam życzenie, aby więcej mi czegoś takiego nie przysyłać. Na kolejnego maila odpisałam już bardziej kategorycznie, że nie życzę sobie znajdować się na żadnym rozdzielniku tego typu korespondencji. Dopiero dziś udało mi się porozmawiać znów z rzeczoną osobą face to face. Spytałam czy jest na mnie obrażona za moją prośbę. Osoba powiedziała, że nie, ale przyznaje, że moja reakcja jest dziwna. Na co odparłam uprzejmie, że mnie dla odmiany dziwi, że każda osoba, która dorwie się do nowego maila kogoś znajomego natychmiast zaczyna zasypywać go mailami ze śmiesznymi rzeczami. Ja sobie tego po prostu nie życzę.
Cała ta sytuacja, którą przerabiam już po raz nie wiem który z kolejną osobą, skłania mnie do refleksji, że ludzie nie zauważają chyba, jak spamują własnych znajomych. Kiedy na mnie trafia coś takiego z przerażeniem w oczach odkrywam swój adres mailowy na liście kilkunastu, albo wręcz kilkudziesięciu innych adresów! To znaczy, że ta jedna osoba wysłała ŚMIECIE zawracając dupę co najmniej kilkunastu innym osobom! Zakładając, że każda z tych osób ma podobną, swoją listę... nie, aż nie chcę sobie wyobrażać tego łańcuszka... Dlatego natychmiast, po pierwszym razie kiedy dostanę takiego śmieciowego, spamowego maila odpisuję, że proszę, aby to był pierwszy i ostatni raz, żeby nie wysyłać mi takich maili więcej. Ja mam prawo o to prosić, ale dziwi mnie, że niektórych dziwi moja reakcja. Niektórzy czują się wręcz obrażeni. Tymczasem nie zdajecie sobie sprawy, jak sami zaśmiecacie czyjeś skrzynki mailowe i komputery. Jeśli to komuś nie przeszkadza - gratuluję. Ja sobie tego nie życzę. Wystarczy mi spamu w postaci oferty kredytów, samochodów, Viagry, powiększania penisa w celu zaspokojenia mojej partnerki, wszystkich kont za zero złotych i Tunezji last minute. Czuję żal, kiedy do tej listy mogę dopisać kogoś z moich znajomych. Wiem. Dziwna reakcja. Ale na ulotki w skrzynce pocztowej sami się wkurwiacie, nie?

Reflekszyn 1

- Nikt nie może uniknąć zakochania - odparł. - Może chcieć się tego wyprzeć, ale przyjaźń to chyba najpowszechniejsza forma miłości. Jeremy MacMillan
Stieg Larsson, „Zamek z piasku, który runął”.

niedziela, 25 lipca 2010

Ciepła woda

Użyłam jej dziś do kąpieli po raz pierwszy od kilku tygodni. Pierwszy raz od dłuższego czasu kąpiel posłużyła mi przede wszystkim do mycia, nie do chłodzenia ciała. Fajnie. Chwila normalności.

środa, 21 lipca 2010

Zagubiona

"Nie mogę znaleźć Twojej twarzy pośród tysiąca przebierańców
Jesteś ukryty w kolorach miliona kolejnych zagadek
Na wielkiej paradzie życia jestem najbardziej samotnym z widzów
Bo zniknąłeś bez śladu w morzu naśladowców bez twarzy"

Lansik

Nie ma to jak pozostawienie metki na tym, co się ma na sobie. Panie najczęściej zostawiają ją na spodniej stronie szpilek, sądząc zapewne, że jej tam nie widać. Pewnie, że nie widać. Zwłaszcza tej jaskrawozielonej... A tu przykład gostka, który postanowił zostawić cenę na zegarku. W pierwszej chwili przemknęło mi przez myśl, że kradziony, jeszcze ciepły...

Kryzys wieku średniego

Zdaje się, że właśnie dopadł i mnie, chociaż jeszcze wczoraj głowę dałabym sobie uciąć, że mnie to nigdy nie spotka. Nigdy nie mów nigdy. Jakiś czas temu przekroczyłam trzydziestkę - może dla niektórych to nieco zbyt wcześnie na kryzys wieku średniego, zazwyczaj objawia się on po przekroczeniu czterdziestki. Zatem mniejsza o nazewnictwo, przekonuję się z wiekiem, że mnie do niczego nie jest ono potrzebne. Rzeczy i sprawy po prostu są i wydarzają się bez względu na to czy będziemy je nazywać, czy też nie. Nie wypominam sobie jednak własnego wieku tylko po to, żeby się nim chwalić. Otóż kiedyś był taki serial "Czterdziestolatek", ktoś pamięta? Rosiewicz śpiewał tam piosenkę, którą bardzo lubiłam i lubię. Ostatnio zaś głęboko zapadły mi słowa z tejże piosenki: "czterdzieści lat minęło... na drugie tyle teraz przygotuj się, a może i na trzecie, któż to wie?". To właśnie skłoniło mnie do głębokiej refleksji nad moim dotychczasowym życiem, weryfikacji marzeń, planów życiowych i mojego "chcenia" w życiu. Moja rodzina raczej długowieczna nie jest, ale zakładając wersję optymistyczną, że pożyję jeszcze ze trzydzieści kolejnych lat, to jednak warto by zatroszczyć się o to, by mieć z życia/w życiu to, co najbardziej zawsze chciałam. Brzmi niegłupio, nie? Tu, w sieci, również rozpoczynam nowy projekt - jak to się ładnie teraz mówi. Wcielam w życie nowy pomysł - tak będzie chyba bardziej po mojemu. W pewnym momencie doszłam w swoim szaleństwie do momentu, kiedy swoje przeżycia, przemyślenia i obserwacje rozmieniałam na kilka miejsc, publikując je na więcej niż jednym blogu (!). Taaa, a zawsze uważałam się za osobę konkretną, ha, dobre sobie. Postanowiłam zatem zmienić ten stan rzeczy i tak powstało "Duże Ka". Tego, kto spodziewałby się odnaleźć tutaj zapiski z poprzednich blogów, muszę rozczarować - nie będzie kopiowania. Nie po to zmieniam, żeby wsypywać stare śmiecie do nowego ogródka. Wierni czytelnicy, jeśli tu trafią, powinni odnaleźć stosowne aluzje czy odniesienia. Tak czy owak nie oplakatuję miasta tą informacją. Howgh.