The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

sobota, 13 sierpnia 2016

Frombork

Miejsce o najbardziej zmarnowanym potencjale turystycznym, jakie widziałam. Chociaż może to ja się spodziewałam zbyt wiele - wychowana na osiągnięciach Mikołaja Kopernika i Pana Samochodzika. 
Wokół obserwatorium jeszcze coś się dzieje, widać trochę pieniędzy z Unii - uregulowany kanał, barierki, kostka. Z dawnych lat, kiedy jeszcze młodzież czytała książki jest mapa poczynań Pana Samochodzika. A do tego maleńki port i zapomniany dworzec kolejowy (albo kolejowo - autobusowy). 
W sumie sama nie wiem czego się spodziewałam po Fromborku, ale to, co zobaczyłam boleśnie mnie rozczarowało...






Pochylnia Buczyniec...

 ...czyli statkiem po trawie. 
System pochylni jest częścią instalacji wchodzących w skład Kanału Elbląskiego. Są to wyciągarki, które pozwalają na pokonanie różnicy poziomów przez jednostki pływające. A wygląda to tak...


































czwartek, 21 stycznia 2016

Nie zajeżdżaj drogi L-ce!

Prawo jazdy odebrałam 29 września ubiegłego roku, trzy miesiące później nabyłam własne autko. Wciąż jednak czuję się jakbym na dachu miała L-kę – jej faktyczny brak dodaje mi stresu w ruchu ulicznym. Wciąż mam też do czynienia ze skandalicznymi zachowaniami innych kierowców, ale teraz jeszcze do nauki jazdy chciałabym wrócić.
Jak powszechnie wiadomo kierowcy z literką „L” na dachu są... nieobliczalni. To znaczy nigdy nie wiadomo do końca czego można się po nich spodziewać. I kiedy. Ale – o, zgrozo! – z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że w dużej mierze to ci starsi stażem kierowcy doprowadzają do niebezpiecznych sytuacji z nauką jazdy w roli głównej. Przykład? Skrzyżowanie w kształcie litery T, ze światłami. „Daszek” litery T to główna droga, na której stoję i ja, „pierwsza na słupie” i czekam do skrętu w lewo (w „nóżkę” litery T). Mamy zielone, ale z naprzeciwka jadą; gęściej, rzadziej, ale jadą nieprzerwanie. Gdybym była nieco bardziej doświadczonym kierowcą pewnie ze dwa razy zdążyłabym się wcisnąć w te luki. Ale nie jestem. Nie „depnę” i nie przeskoczę. Mam tę świadomość, że muszę poczekać, bo inaczej narobię bałaganu na skrzyżowaniu. Kątem oka obserwuję w lusterku, jak zza mnie wyskakują ci bardziej doświadczeni, co to nie boją się depnąć i przeskoczyć. No bo kto normalny będzie stał za czającą się L-ką!
I wreszcie jest! Dziura na tyle duża, że bezpiecznie się zmieszczę! No to jadę! Ruszam na pewniaka i w tym samym momencie widzę, jak razem ze mną ten sam manewr wykonuje auto, które stało za mną. Gość wystartował w tej samej chwili, co i ja, tylko, że po trzech metrach okazało się, że on zajeżdża i blokuje mi drogę, bo po skręcie, do dyspozycji jest tylko jeden pas. Widząc to hamuję więc na środku skrzyżowania, żeby przepuścić debila, bo mu się spieszy... Bo to przecież wstyd stać za L-ką... Tylko po co mi ten dodatkowy stres? Miałam prawo nie spodziewać się żadnego samochodu z mojej lewej strony, nawet nie spojrzałam. A gdybym go tak nie zauważyła kątem oka? Staranowałabym go na środku skrzyżowania. I po co to komu?
Innym razem jechałam osiedlową ulicą, ale taką główniejszą, po której autobusy jeżdżą. Są przejścia dla pieszych z wysepkami, a przy krawężnikach parkują rzędy samochodów, więc miejscami jest dość wąsko. Jadę ze 30 km/h, dopiero co ominęłam przejście dla pieszych i przystanek, przede mną kilkadziesiąt metrów prostej do następnej wysepki. Zaczynam się rozpędzać, żeby chociaż te 50 km/h... i najpierw słyszę silnik na wysokich obrotach, a po dwóch sekundach widzę wyprzedzające mnie BMW. No bo kto normalny będzie się wlókł za L-ką! A mnie nie pozostaje nic innego, jak wlec się dalej, bo jestem już tak blisko wysepki, że nie ma sensu przyspieszać... Już nie. A mogłam, naprawdę mogłam pojechać szybciej...

Takich sytuacji z pewnością było więcej, na szczęście nie wszystkie pamiętam, bo bałabym się jeździć. Chciałabym zaapelować do kierowców, tych bardziej doświadczonych, żeby nie przeszkadzali kursantom w pojazdach nauki jazdy. Po pierwsze: każdy z was siedział kiedyś w tym miejscu, niektórzy może nawet całkiem niedawno. Może za kierownicą tej L-ki siedzi człowiek, który pierwszy raz jedzie w ruchu ulicznym? On czy ona przeżywa w tej chwili taki stres, że nie rozumie połowy z tego co mówi siedzący obok instruktor i prawdopodobnie ogarnia zaledwie połowę tego, co dzieje się dookoła na drodze. Po co dokładać jeszcze dodatkowy stres? Ja na przykład bardzo chciałam zrobić prawo jazdy, ale nigdy nie zapomnę chwili, kiedy na drugich zajęciach, po tym, jak pokręciliśmy się po placyku manewrowym, mój Instruktor powiedział, że jedziemy na miasto. Moja czwarta godzina za kółkiem, a on mówi, że jedziemy na miasto! Później, kiedy już zaczęłam więcej jeździć po mieście, trochę się oswoiłam z ruchem ulicznym i reakcjami kierowców. Niektórzy są też bardzo uprzejmi dla L-ek: wpuszczają, pozwalają w spokoju wykonywać manewry (chociaż tam pewnie wiązanka leci pod moim adresem, że się ślimaczę...) – takie coś bardzo pomaga. Po drugie: kierowcy pojazdów nauki jazdy – kursanci – naprawdę mają swoje wytyczne, których powinni / muszą się trzymać. Dla kogoś, komu prawo jazdy zdążyło się już zakurzyć, brzmi to śmiesznie lub zgoła absurdalnie, bo jest już przyzwyczajony do jazdy miejskiej, ale jazda na kursie, to pierwsza jazda w życiu człowieka i jak mówią ostatnia, która przebiega zgodnie z przepisami. Co to znaczy? A chociażby to, że ty zatrzymasz się przed pasami dopiero, jak ci pieszy zacznie wchodzić pod maskę, a kursant zacznie już zwalniać, gdy pieszy będzie miał jeszcze trzy metry do pasów. Kursant nie rozwinie 70 km/h na ograniczeniu do 40. Nie i koniec.
To, co dla doświadczonego, obytego w ruchu miejskim kierowcy jest normalnością, kursanta w L-ce może zaskoczyć. Działanie innego kierowcy może popsuć lub uniemożliwić L-ce wykonanie zaplanowanego manewru. Może go przestraszyć i zniechęcić oraz wywołać brak wiary we własne umiejętności za kierownicą i sens robienia prawa jazdy w ogóle. Wreszcie możesz stworzyć – ty, doświadczony kierowca! o umiejętnościach większych niż kursanta w L-ce – możesz stworzyć realne zagrożenie na drodze, tylko dlatego, że chciałeś przeskoczyć, wyprzedzić zawalidrogę, pospieszyć kilka metrów. Pozwólcie L-ce zrobić to, co ma zrobić. Nie przeszkadzajcie kursantowi, a wszyscy będą cali, zdrowi i bezpieczni. Żeby była jasność – biorę ten apel również do siebie. W mojej okolicy jeździ mnóstwo L-ek. Kiedyś stałam za taką jedną – zielone zapaliło się już jakieś sześć sekund temu, a my nadal stoimy... Ale nikt nie trąbi, nikt nie błyska światłami, nikt L-ki nie pogania (nawet jeśli w klnie pod nosem). Wreszcie L-eczka spokojnie się zebrała i przejechała skrzyżowanie. I już.
Nie przeszkadzajcie L-kom.

wtorek, 29 grudnia 2015

Jestę kierowcą

Moja historia o robieniu prawa jazdy pozostała niedokończona i czuję się w obowiązku ją uzupełnić. Otóż zdałam egzamin, najpierw teoretyczny, tydzień później praktyczny. Obydwa w pierwszym podejściu, dziękuję. Odebrałam już też prawo jazdy i jestem kierowcą. A właściwie, jak w tytule posta: jestę kierowcą, bo tak naprawdę to czuję, że dopiero teraz najwięcej nauki przede mną. Obycia na drodze.
Przed teoretycznym bardzo się denerwowałam, bo trzeba zdać teorię, żeby móc podchodzić do praktyki. Jeszcze w wieczór poprzedzający dzień egzaminu ślęczałam nad testami na kompie, czego normalnie nigdy nie robię. Ale opłaciło się, bo kilka pytań powtórzyło mi się na właściwym egzaminie, co mnie bardzo ucieszyło. A kiedy po skończonym egzaminie zobaczyłam na ekranie zielony napis POZYTYWNY, to świat przestał istnieć. :-)
Przed praktycznym wzięłam jeszcze dwie godzinki z Instruktorkiem i to też była trafiona decyzja, bo poćwiczyliśmy jeszcze parkowanie, które potem perfekcyjnie powtórzyłam na egzaminie. Sam egzamin praktyczny trwał 43 minuty, podczas których objechałam całe swoje osiedle skręcając prawie wyłącznie w lewo. :-) Z perspektywy czasu oceniam, że miałam szczęście do egzaminatora (jak i do Instruktora!), bo miał dokładnie dwie sytuacje, za które mógł mnie oblać, gdyby chciał. Ale ewidentnie nie chciał. Ostatni manewr, zawracanie na trzy, wykonałam już na parkingu pod samym WORDem. A potem zaparkowałam i20 dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyruszyłam na egzamin, po czym usłyszałam od Pana Egzaminatora: „Dziękuję, koniec egzaminu”. Wręczył mi papiery, spytał która próba. Pierwsza. O, to świetnie. Z tymi papierami do Wydziału Komunikacji. Wybiegłam z WORDa z okrzykiem „Zdałam!”.
Napisałam, że miałam szczęście do instruktora. Ano, jak słyszę lub czytam opowieści, że instruktor był wiecznie pijany i/lub skacowany, że spał w samochodzie prowadzonym przez kursanta, albo zajmował się pisaniem esemesów, to naprawdę stwierdzam, że ja miałam szczęście. Mój Instruktor był skupiony na jeździe, na drodze i na tym, co ja robię. Chwalił, ganił, podpowiadał, korygował, wyjaśniał. Atmosfera w samochodzie była super. Mijaliśmy na drodze L-ki, i to egzaminacyjne L-ki, w których egzaminator ślęczał nad ekranem smartfona, a egzaminowany wymuszał pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Ja mogłam zaufać osądowi mojego Instruktora. Kiedyś zabrał mnie na trasę wylotową, na której musiałam skręcić w lewo, przecinając trzy pasy szybkiego ruchu. Zbladłam z przerażenia, kiedy zorientowałam się co mi zgotował, ale zaraz potem pomyślałam, że skoro on wie, że dam radę, to dam radę. I dałam. Dodatkowo mój Instruktor do znudzenia wałkował ze mną kilka manewrów, które później wykonałam na egzaminie. I byłam spokojna, że wykonam je prawidłowo, bo robiłam to wcześniej wiele razy.
Teraz pomalutku objeżdżam się po swojemu, po okolicy i po mieście. Jak widzę eLeczkę przede mną, to staram się nie podjeżdżać zbyt blisko – jako kursantkę strasznie mnie to deprymowało! – i spokojnie czekam na działanie kierowcy. Za każdy EGZAMIN ściskam kciuki. (Nie wiem dlaczego, ale bardzo mi zależało, żeby egzamin zdawać w białym samochodzie, nie w srebrnym. Taka myśl irracjonalna mnie opadła. I kiedy tak szliśmy z egzaminatorem po placu do „naszego” samochodu to powtarzałam w myślach „tylko niech będzie biały, biały, musi być biały!” Kiedy egzaminator wskazał, w który samochód wsiadamy, a ja zobaczyłam, że jest on biały, to już wiedziałam, że będzie dobrze.)
Mogę powiedzieć, że spełniły się moje marzenia. Zawsze chciałam zrobić prawo jazdy i mieć nawet malutki samochód. No i teraz mam. Kupiłam sobie prawie pełnoletnie wozidełko na dobry początek. Uważaj więc, czego sobie życzysz, bo możesz to dostać. ;-) 
Powodzenia wszystkim zdającym i szerokiej drogi.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Szyfrołamacz

Wszyscy już chyba wiedzą, że jestem fanką Sherlocka Holmesa. Lubię tę postać, lubię rozwiązywać zagadki i łamigłówki. Jakiś czas temu na jednej ze stron poświęconej książkom o przygodach słynnego detektywa pojawił się szyfr z zachętą do złamania go. Postanowiłam spróbować swoich sił. Rozszyfrowanie prawidłowej treści zajęło mi troszkę ponad godzinę główkowania. A oto jak ów proces przebiegał.

Tekst wygląda tak:

Oyvpsy mey jph vwme mey uwpjghu yxya

Pierwsze i podstawowe założenie: tekst zaszyfrowany (układ wyrazów, liczba liter w wyrazach, odstępy między wyrazami) odpowiada tekstowi oryginalnemu (przed zaszyfrowaniem). Wbrew pozorom to dość ważne założenie, bo w celu utrudnienia rozszyfrowania nadawanych wiadomości stosuje się różne triki i gdyby nasza wiadomość wyszła np. ze słynnej Enigmy wyglądałaby mniej więcej tak:

OYVPS   YMEYJ   PHVWM   EMEYU   WPJGH   UYXYA

Pięć znaków, przerwa, pięć znaków, przerwa itd.; nie wiadomo gdzie kończy się jeden wyraz, a zaczyna następny. Wiemy też, że jeden wyraz zaczyna się wielką literą, więc albo jest to po prostu początek zdania (nie ma kropki na końcu tekstu), albo nazwa własna (np. imię).
Drugie założenie: w miejsce istniejących liter trzeba podstawić inne litery.
Trzecie założenie: zaszyfrowane, czyli zamienione są wszystkie litery. Nie jest to szyfr typu GA-DE-RY-PO-LU-KI, gdzie zamianie ulegają tylko litery w podanych parach, podczas gdy reszta liter w wyrazach i zdaniach zostaje na swoim miejscu.

Kolejna ważna informacja: tekst jest w języku angielskim. To pewnego rodzaju utrudnienie, ale też ułatwienie. Dlaczego? Zaraz do tego dojdziemy.

Swego czasu dużo czytałam na temat osiągnięć Panów: Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego – którzy złamali niemiecką Enigmę. Dowiedziałam się, że języki mają swoje charakterystyczne cechy, jak choćby samogłoski, które występują najczęściej lub najrzadziej. Łamacze kodu Enigmy wiedzieli na przykład, że w języku niemieckim najrzadziej występuje samogłoska Y. Z kolei ze statystyki języka angielskiego wynika, że najczęściej występującą w nim samogłoską jest E. To z kolei wiem z opowiadania „Tańczące sylwetki” Sir Arthura Conana Doyle'a (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ta%C5%84cz%C4%85ce_sylwetki). 


W opowiadaniu chodzi o wiadomości pisane „kredą na płocie”, składające się z ciągu ludzików. Pamiętam, jak w opowiadaniu Doyle ustami Sherlocka tłumaczy, że – biorąc pod uwagę statystykę języka angielskiego – gdy zobaczył pięcioliterowy wyraz, w którym aż dwa razy powtarzała się ta sama litera, podstawił w jej miejsce E, otrzymując coś takiego:

_ E _ E _

Stąd już niedaleka droga do słowa: NEVER, czyli „nigdy”. Oczywiście mogło to być również słowo FEVER (gorączka), ale z kontekstu najbardziej pasowało „never”. A to z kolei daje nam kolejne litery itp., itd. tak samo zaczęłam i ja, podstawiając E w miejsce najczęściej występującej litery szyfru. Otrzymujemy więc to:

_ E _ _ _ E     _ _ E    _ _ _     _ _ _ _     _ _ E    _ _ _ _ _ _ _     E _ E _

Już w tej chwili ostatnie słowo wygląda równie obiecująco, co sherlockowe „never”, ale wróćmy na chwilę do początku rozważań. Wiemy, że tekst jest po angielsku. Widać też, że mamy trzy wyrazy trzyliterowe, w tym dwa, które się powtarzają.

Oyvpsy mey jph vwme mey uwpjghu yxya

Wierzcie mi, że nie trzeba być geniuszem, żeby wpaść na pomysł, że takim trzyliterowym wyrazem, który dość często powtarza się w języku angielskim, i w dodatku zawiera literę E, jest THE. Zatem:

_ E _ _ _ E   THE   _ _ _    _ _ _ _   THE  _ _ _ _ _ _ _    E _ E _

Mając już tyle zaczęłam kombinować nad ostatnim słówkiem, bo mogło to być EVER, w kontekście „najlepsza książka ze wszystkich do tej pory wydanych”, albo „największy wróg Sherlocka” – w obydwu przypadkach zasadne byłoby w języku angielskim użycie na końcu zdania słowa „ever”. Jedno słowo wiosny nie czyni, a ja tymczasem zapomniałam, że mam przecież dwie kolejne literki: T i H. Podstawiamy.

_ E _ _ _ E    THE   _ _ _    _ _ TH    THE    _ _ _ _ _ _ _    E _ E _

I tu zrobiło się ciekawie, bo pojawił się czteroliterowy wyraz, który kończy się na TH. To może być np. BOTH (jedno i drugie; obydwa), ale... w języku angielskim jest inne słówko, które pojawia się dość często i może tu pasować: WITH (z). Mielibyśmy wówczas: THE _ _ _ WITH THE – a to wygląda już całkiem sensownie pod względem językowym.

_ EW _ _ E   THE   _ _ _   WITH   THE   _ I _ _ _ _ _    E _ E _

Zastanawiałam się też, czy może litery zostały zmienione wg jakiegoś klucza, np. zwyczajnie przesunięte o pięć miejsc w alfabecie i przypisane na nowo. Na obrazku, który załączam widać próbę przypisania szyfrowi takiego przesunięcia, ale trop okazał się błędny. Wcześniej wypisałam też litery, które w szyfrze w ogóle nie występują, żeby porównac z tym przesunięciem, ale jak mówiłam, trop był zły.

Wracając jeszcze do statystyki języka – po polsku nie, ale w języku angielskim używa się w zdaniach dość dużo słów, które zawierają lub zaczynają się od B oraz R. Zapomniałam też o innych samogłoskach – A oraz Y, które w następnej kolejności zapełniają angielskie słowa. Od razu można stwierdzić, że w szyfrze nie ma takich słów jak np. BLOOD (krew), DOOR (drzwi). Ale w tym języku często pojawiają się zbitki AE / EA, tudzież inne zbitki samogłosek, i przyjrzałam się tekstowi pod tym kątem. Są tylko dwa miejsca, gdzie coś takiego mogło wystąpić – pierwszy i siódmy wyraz. O siódmym wyrazie nie wiemy nic, oprócz zdobycznego I, ale jeśli przyjmiemy, że literze P z szyfru odpowiada druga najczęściej występująca w jęz. angielskim samogłoska, czyli A, otrzymamy:

_ EWA _ E   THE   _ A _   WITH    THE   _ IA _ _ _ _    E _ E _

Teraz, patrząc na pierwszy wyraz nie mogłam oprzeć się myśli o słowie BEWARE – strzeż się; uważaj na. Beware the _ _ _ with the… Mówiłam, że B i R w angielskim nie są tak rzadkie jak w polskim. Czego można się strzec? No na przykład psa, czyli DOG, aaale jeśli podstawiamy A, to już nie pasuje. Zatem może człowieka / mężczyzny?

BEWARE    THE   MAN    WITH   THE    _ IAM _ N _    E _ E _

„Strzeż się człowieka z CZYMŚ”. Czym? Czymś dwuwyrazowym, więc pewnie chodzi o przymiotnik z rzeczownikiem. Tym samym moja teoria o słowie EVER na końcu zdania bierze w łeb, bo całość nie ma sensu. Siódmy wyraz zaczyna się i kończy taką samą literą, a mnie do zbitki _ IAM _ N _ pasuje tylko D, co daje wyraz DIAMOND (brylant, diament). Teraz pozostaje już tylko przetransponować moje początkowe nieszczęsne EVER w coś bardziej sensownego zwłaszcza, że wiemy, iż nie występuje w nim litera R. Co można mieć diamentowego? Mężczyzna o diamentowym czym (na cztery litery, pierwsza i trzecia E)? EYES! I tak oto napis głosi: „Strzeż się mężczyzny o diamentowych oczach”. Voilà!

BEWARE THE MAN WITH THE DIAMOND EYES

Podobało się?