The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

piątek, 22 kwietnia 2011

STOP internetowej tandecie!

Apeluję do wszystkich użytkowników internetu, którzy cokolwiek w nim zamieszczają. 
ZANIM cokolwiek wrzucicie, przekopiujecie, powielicie i puścicie dalej, dla innych do ściągnięcia i użytkowania SPRAWDŹCIE JAKIEJ TO JEST JAKOŚCI!!! Przyjrzyjcie się temu, co puszczacie w obieg – obejrzyjcie, posłuchajcie. PRZESTAŃCIE POWIELAĆ GÓWNO, które nadaje się tylko do wyrzucenia. Szanujcie innych użytkowników internetu i siebie samych przy okazji.
Nie powielajcie rzeczy złej jakości, tylko dlatego, że to jedyne dostępne. 
Niech sieć nie będzie śmietnikiem. 
Zadbajcie o jej jakość.

PS. Jeśli zamieszczacie coś w częściach dopilnujcie, by były wszystkie. 

Cała prawda o Euro 2012

czwartek, 21 kwietnia 2011

Tym razem tramwaj

Nie lubię przystanków tramwajowych, bo są wąskie (siłą rzeczy, niestety). Człowiek ma do wyboru albo narażać się na bycie strąconym pod nadjeżdżający skład, albo na ustawiczne potrącanie przez współpasażerów, względnie na stanie przy barierce i wdychanie spalin prawie bezpośrednio z rur wydechowych. Czasem jednak trzeba tramwajem. 
Stoję (przy barierce, jestem z miasta, a co...) i czekam. Obok mnie ławeczka, na niej zasiada Pani. Na pierwszy rzut oka z tych, co to ledwo żyją po przychodniach, ale mogę się mylić. 
Widziałam gdzie stał poprzedni skład, więc czekam w miejscu, gdzie mniej więcej powinny się znaleźć drzwi, jak przyjedzie mój. 
Jedzie. 
Zrobiłam krok w stronę krawędzi, znaczy bliżej tramwaju, jak podjedzie i czekam. 
Pani wystartowała - tak, to odpowiednie słowo: wystartowała i leci - uwaga: przed siebie, ale oglądając się za siebie. 
Jestem na kolizyjnym, ale stoję twardo, przecież TU BĘDĄ DRZWI, a ona niech se leci, s'il vous plaît. 
Taranuje mnie ramieniem, ale ustałam. Przeprasza, cofa się już spokojniej, bo podjechały drzwi. Jej, nie mi (fuck). Odpowiadam: "Proszę" (jak zawsze odruchowo). I dodaję, jak już gramolę się za nią do środka: "Przecież Pani musi pierwsza..."
Chyba pojęła, bo się uśmiechnęła. Całe szczęście nie była piekielna. 
Pierwsze wolne miejsce padło jej łupem. 
Ja spędziłam na stojąco całą podróż tramwajem.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Misery

Misery po angielsku znaczy niedola, nieszczęście.
Taki tytuł nosi książka Stephena Kinga, którą właśnie skończyłam słuchać (audiobook). Nawiasem mówiąc pan Leszek Teleszyński powinien popracować nad swoim warsztatem. Rozmyślam o tej książce, jak zawsze, kiedy skończę czytać (sluchać) coś bardzo interesującego. A Misery taka jest. Nie tylko dlatego, że to King, a wiadomym jest powszechnie, że to nazwisko stanowi markę samo dla siebie. Nie mogę wyjść z podziwu dla słowotwórstwa Kinga. Dobrzy pisarze, wybitni pisarze potrafią zwrócić uwagę i opisać tak ulotne rzeczy - przelotne wrażenia, myśli, przywidzenia... Czasem trudno odróżnić narkotyczne wizje Paula Sheldona od jego przerażającej rzeczywistości i od fabuły jego powieści. Pisanie powieści w powieści to też ciekawy zabieg. Ale to nie jest teraz ważne. Chodzi o to, że czuje się, że ból jest bólem, obłęd obłędem, przerażenie przerażeniem. Nie boją się "rozerwać" dialogu rozwleczonymi spostrzeżeniami bohatera, które opisane zajmują kilka linijek, a w prawdziwym życiu dokonanie owych spostrzeżeń zajmuje człowiekowi co najwyżej ułamki sekund. To trzeba umieć. Czytam książki od czwartego roku życia, ze słowem pisanym mam do czynienia mniej więcej od końca podstawówki. Szlifuję, wygładzam, pielęgnuję i poszukuję, ale wciąż czuję, że do takich jak King jest mi bardzo daleko. 
Tak sobie myślę, że to mogłoby być ciekawe - żyć z pisania książek. Na pewno ciekawe. To takie romantyczne siadać kiedyś do maszyny, dziś do laptopa w kawiarni na przykład. Albo wieczorem, kiedy szara masa robotniczo-urzędnicza kładzie się spać, bo rano znów popędzi do biur i fabryk, a pisarz, poeta, czarodziej-słowotwórca  zasiądzie z kieliszkiem wina do białej kartki i zapali papierosa czekając na natchnienie. Taaakkk, z takiej perspektywy musi to być bardzo romantyczne. Ale ja nie dam się zwieść pozorom... Nie raz i nie dwa czytałam już, że pisanie książek, by z móc z tego żyć, to ciężka i wyczerpująca praca. Tu nie ma urlopów i zwolnień lekarskich, świąt, ani weekendów. Mogą być kace i złe samopoczucie, ale nie ma przebacz. Czasem jedynym sposobem by przeżyć, jest zmuszenie się do pisania, do zbijania zdań ze słów, jak stolarz zbija meble z drewnianych kawałków. Czy mu się to podoba, czy nie. Bo ktoś na te meble czeka. I nie ma tej finezji, kiedy pod wpływem natchnienia zapisuje się od razu kilka stron. Trzeba się zmusić, by walić młotkiem w litery, zmagać się z każdym słowem, pisać na siłę, wbrew sobie, bo czas, czek, wydawca, rachunek, terminy... Okresy radosnego "wypełniania dziur w papierze" mieszają się z okresami harówki niczym w kamieniołomach. Sytuacje opisane pod wpływem porywów nieokiełznanej fantazji trzeba potem mozolnie łączyć w całość i uzupełniać nudnymi banałami. Wierzę, że może się wtedy odechcieć bycia pisarzem.
Chociaż nigdy nie napisałam całej powieści rozumiem jedno, kiedy autor mówi, że on sam nie wie, jak to się skończy. To święta prawda. Kiedy siada się do pisania można opracować ogólny szkic tego, o czym będzie dzieło. Można spisywać pojedyncze sceny, wtedy, kiedy wyobraźnia płynie niczym nie zmącona, spisać by nie umknęły, nawet poprawić później. Zawsze autor ma w głowie ziarenko, wokół którego, dzięki jego wyobraźni kiełkuje cały ogród i to trzeba uchwycić, to jest najważniejsze. To determinuje przedtem oraz potem. Ale rzadko się zdarza, by jedno, maleńkie ziarenko mogło wskazać sam początek i sam koniec. Często jest tak, że sprawy i rzeczy zmieniają się, kiedy zaczyna się o nich pisać. Naprawdę zaczynają żyć własnym życiem. Zadaniem autora jest wówczas okiełznać je, co jest bardzo trudną pracą i nadać im plus minus zamierzony kierunek. Reszta już nie jest w rękach autora. Musi wszystko spisywać, wtedy sam się dowie, jak kończy się jego opowieść.

Fucking Serious

  
Dialog powyżej jest nieprzyzwoity, ale dość zabawny, jeśli zna się angielski. No dobra: jest prymitywny, a mnie rozwalił na łopaty!
Pierwsze zdanie brzmi: Harry, z przykrością muszę cię zawiadomić, że opuszczam Hogwart. 
Wkurzony Harry odpowiada:  Mówisz, kurwa, poważnie?
Puenta opiera się na sposobie wymowy słowa serious, co znaczy poważny, a wymawia się siries. Pytanie: Are you fucking serious? znaczy: Mówisz, kurwa, poważnie? Ale gdyby chcieć potraktować słowo fucking dosłownie chodziłoby o wyraz pieprzyć. Teraz należy wziąć pod uwagę, że w cyklu opowieści o Harrym Potterze występuje (biorący udział w powyższym dialogu) Remus Lupin oraz niejaki Sirius Black (wym. siries blek, po polsku: Syriusz Black).
Podążając tym tropem, pytanie: Are you fucking serious? (Are you fucking Sirius?) można zinterpretować jako: Pieprzysz Syriusza? Stąd odpowiedź Lupina: Skąd wiesz o mnie i o Syriuszu?
Można się śmiać.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Latający Czestmir, GP Malezji AD 2011


Przyznam szczerze, że to wyglądało przerażająco, a jeszcze bardziej, jak po chwili Witkowi została w rękach nieprzydatna do niczego kierownica. Znów jest tor, na którym jest wyjście z zakrętu, po którym jest hopka - bardzo niebezpieczna. W ułamku sekundy kierowca staje się pasażerem, bo nie dość, że po prostu leci - przelatując przez tor, po którym jego koledzy wciąż jadą! - ale też okazuje się, że trzyma w rękach bezużyteczne 40 tys. euro, bo kierownica się urwała i nie można już decydować, w którym kierunku ma podążać bolid. Chyba każdemu te obrazki skojarzyły się z wypadkiem Ayrtona Senny. To było naprawdę, naprawdę bardzo groźne.
Największa szkoda, że stało się to dwa czy trzy okrążenia przed metą. Ale i tak szacun dla Witalija, bo pokazuje pazur w tym sezonie, jak na razie. Owszem widać, że jeszcze brak mu doświadczenia, objeżdżenia, ale równa do formy z ostatniego wyścigu zeszłego sezonu, kiedy to Fernando Alonso stracił przez niego tytuł mistrza świata. 
W Malezji obydwie Renówki wystartowały jak torpedy, aż mi tchu zabrakło! Zanim się McLareny pozbierały, to tylko Heidfeldowi udało się zostać na drugim miejscu, Witka niestety wypchnęli. Jak patrzyłam na kilka następnych okrążeń doszłam do wniosku, że Lewisowi Hamiltonowi przydarzyła się ta sama dolegliwość, co kiedyś Michaelowi Schumacherowi. Mianowicie chłop postradał umiejętność wyprzedzania zawodników na torze. Za bardzo chyba przyzwyczaił się, że kierowcy do którego się zbliża pokazuje się niebieską flagę ("puść szybszego"), by mógł go minąć. Przyzwyczaił się do budowania przewagi i wygrywania taktyką w boksie, nie walką na torze. Dlatego długo nie mógł sobie poradzić z Heidfeldem. Tu dopiero nasunęła mi się refleksja: co by było, gdyby to Robert Kubica siedział w tym bolidzie? Maszynka musi być naprawdę świetna, skoro Quick Nick tak dzielnie sobie poczynał tuż przed nosem Hamiltona, a przy tym wcale jakoś dramatycznie nie odstawali od prowadzącego Red Bulla Sebastiana Vettela... Podobno Heidfeld zadedykował swoje trzecie miejsce na podium Robertowi. Nice. 
Kamui Kobayashi budzi mój coraz większy podziw, Peter Sauber musi być z niego bardzo zadowolony. Nareszcie Japończyk w Formule, który pokazuje, że ma jaja do ścigania się, a nie nieobliczalny wariat pokroju Kazukiego "Kamikadze" Nakajimy (Stary Zientarski nazywał go słusznie samurajem, albo Nakajima Bum-Bum), względnie Ukyo Katayamy, który zawsze jako pierwszy odpadał z wyścigu. Zaprawdę powiadam Wam - zwracajcie uwagę na Kobayashiego.
W Ferrari mają bałagan i widać to właściwie wszędzie. Felipe Massa jeździ zrywami, byczek Fernando też nie ma równej formy. Massie dobrze szło, niestety wypadek na Węgrzech zrył mu nie tylko kask i czoło (dosłownie), ale i berecik (w przenośni). Szkoda, bo naprawdę dobrze mu szło, jak już opanował prowadzenie bolidu po tym, jak FIA wprowadziła zakaz używania kontroli trakcji. 
Te ciągłe zmiany opon wprowadzają mnóstwo zamieszania, ale z ręką na sercu przyznaję, że mnie jeszcze nie znudziły. Tylko Pirelli mógłby wziąć przykład z Bridgestona i zrobić pasek na oponie, nie z boku, żeby łatwiej było odróżnić miękkie od twardych. Dobre rozwiązania należy powielać i upowszechniać, a nie na nowo wynajdywać koło.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Tandeta ortograficzna - kolejne starcie

Chyba powinnam to nazwać cyklem wykładów z (ortografii) języka polskiego.

TYSIĘCY, nie TYŚĘCY

więc: 

200 tys., a nie 200 tyś. 

Ja, kobieta


*) Wiem co to spalony, ale piłki nożnej nie lubię. Zdecydowanie wolę sporty motorowe: Formułę 1, rajdy oraz parę innych sportów. O samochodach często wiem więcej, niż przeciętny facet.
**) Doom, Resident Evil, Diablo II - w moim przypadku. Plus jeszcze kilka tycoon-ów: Railroad Tycoon, Rollercoaster Tycoon, Transport Tycoon... Wyścigi na Amidze...

Jestem kobietą.

Rozmiar ma znaczenie

Wybrałam się wczoraj kupić buty. Noszę 39, więc taką parę sięgnęłam sobie z półki, ale po przymierzeniu okazały się trochę ciasne, więc je odstawiłam i sięgnęłam rozmiar 40. Tym razem przymierzyłam tylko prawy but. Stwierdziłam, że mi odpowiada, dobrałam drugi z półki, obejrzałam obydwa dokładnie z zewnątrz, włożyłam do koszyka, zapłaciłam i wróciłam do domu. 
W domu postanowiłam założyć oba buty, żeby je trochę rozchodzić, zanim zacznę ich normalną eksploatację. Prawy był ok, ale lewy dość ciasny. Pomyślałam sobie, że jednak przymierzanie butów je rozciąga i zupełnie wypacza odczucia, jak się zakłada nowe. Minęło jednak trochę czasu, prawy but był wciąż ok, ale ten lewy cały czas mnie cisnął. Wreszcie przyszło mi do głowy przyjrzeć im się dokładnie i po raz pierwszy wydało mi się, że nieco się od siebie różnią. A potem zajrzałam do środka. Prawy był w rozmiarze 40. Lewy 39. Wycieczkę do sklepu musiałam odbyć jeszcze raz. Dwa razy w życiu postanowiłam nie mierzyć na miejscu w sklepie obydwu butów z pary - pierwszy i ostatni.

11 kwietnia 2011, 6:28


Kwiecień-plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata...

sobota, 9 kwietnia 2011

Od poniedziałku do piątku

Jeżdżę do pracy autobusem. Wcześniejszym, albo późniejszym. Jest między nimi 20 minut różnicy, co niejednokrotnie miało już fundamentalne znaczenie podczas porannego szykowania się do wyjścia. Wiem, że będę jechać w korku - korki na mojej trasie zdarzają się w trzech miejscach, jak mam wyjątkowego pecha, to są we wszystkich trzech na raz. Dlatego jeśli chcę być jak najbliżej punktualności w firmie, to jadę wcześniejszym. A jeśli muszę np. umyć rano głowę, to wiadomo, że pojadę późniejszym. Po latach pracy kiedy musiałam być o określonej godzinie, teraz mam dużą swobodę. Nie nadużywam jej, ale cieszę się, że jest.
Ze względu na korki po drodze wcześniejszy cieszy się dużą popularnością na osiedlu. Wprawdzie odjeżdżam sobie z pętli, ale żeby mieć luksus zajęcia mojego ulubionego siedzenia muszę być w tym autobusie odpowiednio wcześniej. O ulubione miejsca zawsze jest walka, bo każdy chce zająć swoje. Ta grupa, z którą codziennie odjeżdżam już się mniej więcej zna i rzecz jasna nie zajmujemy sobie miejsc. Każdemu zależy, żeby siedzieć od okna, nie od przejścia, wiadomo, dlatego jak czasem zdarzy mi się dopaść autobus w ostatniej chwili (robię to naprawdę bardzo rzadko...), to do wyboru mam tylko stojące, względnie ze trzy wolne od przejścia.
Mnie zależy dlatego, że najczęściej słucham audiobooków, więc omija mnie przepuszczanie pasażerów, którzy chcieliby zająć miejsce obok mnie. Zawsze mam ze sobą moją empetrójkę - stary telefon, który służy mi za magazyn danych, bo dźwięk jest z niego lepszy niż z nowego - i moje "uszy dalekiego zasięgu", czyli słuchawki. Nawet jeśli nie mam akurat książki do posłuchania, to zawsze mam w zanadrzu parę fajnych kawałków heavymetalowych, na czarną godzinę. A co to jest "czarna godzina"? A no np. mamuśka, która wraca z pracy do domu, ale nie może się doczekać, aż dojedzie i musi przez telefon zamęczać współpasażerów rozmową o tym jak się czuje jej dziecko, co robiło, czego nie robiło i co ona z nim zrobi, jak już wróci. W ogóle osoby rozmawiające beztrosko przez telefon podczas jazdy środkami komunikacji zbiorowej są bardzo uciążliwe... Ja naprawdę nie mam ochoty słuchać tego pierdolenia, załatwiania spraw, które można załatwić w każdym innym terminie, albo wcale. Wtedy wyciągam uszy dalekiego zasięgu, włączam muzykę i zamykam się w swoim świecie. Sprawdziłam, że moje słuchawki nie emitują na zewnątrz żadnych uciążliwych dźwięków, więc słucham z czystym sumieniem. To też mnie wkurza. Już nie mówię o ćwierćmózgach, które w autobusie puszczają muzykę przez głośnik w telefonie zmuszając wszystkich do jej słuchania, ale są i tacy, co uważają, że skoro leci im w słuchawkach, to nikt inny nie słyszy, a tymczasem sprzęt taki, że słyszą wszyscy.
Jadę, a oni jadą ze mną. Na siedzeniu przede mną Ta W Czarnym. Zawsze leci do tego siedzenia, kiedyś chyba bała się, że ją podsiądę, ale mnie bardziej odpowiada to następne, więc między nami panuje zgoda. Z przodu siada Elegantka, aż miło popatrzeć, nie powiem. Dalej dosiada się Ruda i Prezes. Lubię jeździć z Rudą, bo ona też wkłada uszy dalekiego zasięgu, a w dodatku siedzi grzecznie, nie wiercąc się i wysiada przystanek przede mną. Minus dwadzieścia na zewnątrz było, a jej było szkoda zepsuć fryzurę czapką. Prezes wysiada na tym samym przystanku, co ja i od razu zapala papierosa. I zawsze bierze darmową gazetę na rogu. Nie wygląda na prezesa, przeciwnie, raczej na niezbyt zamożnego fizola. Określam go mianem Prezesa, bo wypisz-wymaluj przypomina mi szefa, którego kiedyś miałam. Czasem jeszcze Blondyn z nami jedzie, ale chyba tylko wtedy, jak się nie wyrobi na wcześniejszy. Duży blondyn, taki typ Skandynawa, zawsze w obuwiu trampkopodobnym. Też często czegoś słucha. W późniejszym to już chyba wszyscy, reszta widocznie musi punktualnie do pracy i wybierają wcześniejszy.
Wcześniejszym jeździ Szary, który jak na złość lubi te same miejsca, co ja, więc albo ja jego podsiadam, albo on mnie. Najbardziej mnie wkurza, jak siada za mną, bo jakiś taki jest krętek niespokojny i przez to bardzo uciążliwy. Wiecznie w tej samej szaro-burej kurtce, takich samych spodniach. Nawet włosy ma szare. Byłam niezmiernie zdziwiona, jak zobaczyłam obrączkę na jego palcu. Jego żona też pewnie taka sama szara. Obowiązkowo miejsce przy oknie wybiera Śpioch. Kolejna rzecz, której nie znoszę w autobusach - spanie. Najpierw dziarskim krokiem zasuwa do pojazdu, dopala papierosa, przegląda gazetę, a po chwili głowa mu opada (często na ramię współpasażera!) i rozchodzi się donośne chrapanie... No i jest jeszcze Baba. Jak mróz, to w futrze, jak nie, to w płaszczu. Zawsze w berecie do tego. Działam na nią, jak magnes, bo zawsze udaje, że szuka miejsca, a potem zawsze siada koło mnie. Piętnaście razy będzie sobie ten płaszcz poprawiać, zanim się wreszcie usadzi wygodnie. Udzieliłam jej jednorazowego rozgrzeszenia, kiedy zobaczyłam, że ze swojej przepastnej torby sięgnęła Stiega Larssona do czytania. Ale jakoś nie widzę, żeby czytała resztę, więc jeszcze się wstrzymam z fanfarami. Często jedzie z nami Małżeństwo. Na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasujący do siebie ludzie. Ona czarna, dość elegancko, modnie pozawijana w to i owo, On prawie świński blondyn, zazwyczaj na sportowo. Pełni czułości dla siebie i uprzejmości. Jego kiedyś zauważyłam w drodze powrotnej ubranego w elegancki garnitur, krawat, płaszcz etcetera i aż mi szczęka opadła. Ze stałego składu to już chyba wszyscy. No może jeszcze warto wspomnieć Blondynę, niewysoką, dość elegancką. Włosy ma półdługie, ale na nich trwałą i najczęściej wygląda, jakby czesała się wkładając palce do kontaktu, poza tym bez zarzutu. Jest jeszcze Pan Urzędnik - nie wiem, gdzie pracuje, ale tak wygląda. Przeciętny w każdym calu oprócz wzrostu, bo dość wysoki. Widuję też Biznesmena Z Pomorza - krótko ostrzyżony, zawsze z teczką i jakąś gazetą. Elegancji i męskości niewątpliwie dodaje mu strzelanie niedopałkiem papierosa za siebie tuż przed tym, zanim wsiądzie...
Kiedyś jeszcze wsiadała dwójka, chociaż właściwie z początku trójka, a potem dwójka. Dwóch kolegów, z których jeden zwłaszcza był dość interesujący z mojego punktu widzenia. Kiedy to odkrył starał się zająć takie miejsce w autobusie, żebym go nie widziała. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Dużo gadali z kolegą i śmiali się często, dlatego też na prywatny użytek określiłam ich Dwoma Gejami. Pojawiała się też Efektowna Blondyna - no, męskie głowy się za nią obracały. Pieniądze widać było na każdym kroku - od butów po fryzurę. Z czasem z Dwóch Gejów zrobił się tylko jeden,  który w dodatku  później zawarł znajomość z Efektowną, więc już całkiem przestał pasować na geja. 
Zapomniałabym o Ładnych Pantoflach. Wsiada już po trasie, więc nie zawsze ma gdzie usiąść, ale wysiada tam, gdzie ja i Prezes. Taka główna księgowa po pięćdziesiątce. Niemniej jednak niewymuszenie elegancka, zawsze ma ładne pantofle i nosi je nawet do płaszcza, widać chłód jej nie straszny. Niestety nie jest zbyt dobrym towarzyszem na siedzeniu obok, zwłaszcza jak przegląda katalog z kosmetykami... Znają się z Jowialnym, ustępuje jej miejsca, chociaż sam jeździ z niewygodnym neseserem. Ma taki wyraz twarzy, jakby się zawsze uśmiechał.
Kurcze, nie myślałam, że aż tylu ich... Ludzi, którym przyglądam się od poniedziałku do piątku. Ciekawa jestem, jak oni mnie by opisali?  Chociaż, może lepiej nie wiedzieć...

piątek, 8 kwietnia 2011

Tandeta ortograficzna - suplement

Prawidłowo:

P O J E D Y N C Z O


nie pojedyńczo. Przeźroczysty/przezroczysty, ale pojedynczo!
Pojedynczo, bo jeden, nie jedeń.
Uprzejmie proszę rozpowszechnić wśród rejestratorek w przychodniach.

środa, 6 kwietnia 2011

Temple of Heaven Shanghai

Tak wygląda najlepsza na świecie czerwona herbata. Temple of Heaven, czyli Świątynia Niebios. Nieduże, sześcienne pudełeczko, a w nim prawdziwy skarb. To nie jest herbata smakowa - cytrynowa, grapefruitowa, etc. Smakuje sobą, czyli ziemią i jaskinią, jak powinna smakować czerwona herbata fermentująca kilka lat właśnie w jaskiniach. Pierwszy raz kupiłam ją zupełnym przypadkiem w Auchan, ale potem mieli tylko zieloną gunpowder, a tego się pić nie da. Ostatnio jednak, ku mojej wielkiej radości odkryłam, że za 9,99 zł można moja ulubioną czerwoną herbatę dostać w delikatesach Bomi. Wzięłam od razu dwie.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Me, myself and I

"...jeśli mogę coś doradzić wyłącz tą cenzurę "tylko dla dorosłych" bo zapewne wielu odstrasza, a to strata zważywszy talent jaki masz". 
Tak mi doradził w liście pewien dobrze wszystkim znany Czytelnik tegoż bloga, niejaki WielkiePe. Za dobre słowo dziękuję. Posłuchałam się go, jak widać i znikło ostrzeżenie o zawartości +18. Teraz będę musiała pohamować się z przeklinaniem... 
Przyznam nieskromnie, że dziś przeczytałam wszystkie zamieszczone tu posty i doszłam do niezwykle budującego wniosku, że literatura blogowa wychodzi mi całkiem nieźle. Jeśli jeszcze ktoś ma ochotę dołączyć do mojego fanklubu to bardzo proszę, śmiało i bez krępacji! A ja ze swej strony obiecuję karmić Was nadal moim talentem. 

Jestem genialny! Od dziś możecie nazywać mnie: Sid Władca Płomieni!