The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

środa, 22 maja 2013

"Pusty Dom Sherlocka" i owacje na stojąco

Książka skończona. Okładki gotowe. Tutaj można sobie podejrzeć: http://mxpublishing.tumblr.com/post/51052706851/sherlock-holmes-fans-break-all-publishing-records. Przyszedł czas na zbieranie podziękowań za wspólną pracę. Podobno mieliśmy zawrotne tempo (w tym miejscu wypada się pochwalić, że polski zespół, chociaż składał się tylko z dwóch osób, chyba jako pierwszy złożył przetłumaczoną całość książki). My, jako tłumacze, również wyrażamy wdzięczność, że dane nam było stać się częścią wielkiego, międzynarodowego i wspaniałego projektu i mogliśmy własną pracą przyczynić się do wsparcia idei Ratowania Undershaw - domu sir Athura Conana Doyle'a. 
Na jednej ze stron polskiej fanki Sherlocka Holmesa przeklejony jest podany przeze mnie powyżej link MX Publishing i opatrzony jej komentarzem: "Oh wow, polish version! Whoever was engaged in this: slow motion standing ovation" (Och łał, polska wersja! Ktokolwiek był w to zaangażowany: owacja na stojąco w zwolnionym tempie). No cóż, dziękujemy! :-) Owacje na stojąco dla wszystkich. 

sobota, 18 maja 2013

Wiosna w ogrodzie

Zastanawialiście się kiedyś jak strażacy podlewają ogródek? O tak:


Może dobrze nie widać, to podpowiem: podłączają się do hydrantu, włażą z sikawką na wieżę i podlewają. Swój ogródek i ćwierć skrzyżowania przy okazji. :-)

niedziela, 12 maja 2013

Imported from Poland

Oglądałam wczoraj program o ratownikach na motocyklach z Wielkiej Brytanii. Lubię ten temat, w Polsce też jest taka grupa w Krakowie zdaje się, nazywa się R Kwadrat. Ratownik na motocyklu łatwiej przeciśnie się w ruchu ulicznym, a przez to szybciej dotrze do osoby poszkodowanej i udzieli pomocy zanim przyjedzie karetka, która będzie mogła ewentualnie zabrać poszkodowanego do szpitala. 
A zatem ratownicy przemierzają ulice i okolice Birmingham niosąc pomoc w różnych przypadkach, aż wreszcie jeden z nich odpowiada na wezwanie do człowieka, który przewrócił się na ulicy, na przystanku. Podjeżdża na miejsce i faktycznie - pod ławką na przystanku leży facet. Ludzie dookoła mówią ratownikowi, że gość jest pijany. Ratownik sprawdza to samodzielnie i rzeczywiście. Swoją drogą mają tam takie fajne urządzenie, które działa podobnie jak to stosowane przez cukrzyków - nakłuwa się palec i pobiera kroplę krwi do specjalnego paseczka. Paseczek umieszczony jest w urządzeniu, które odczytuje poziom alkoholu. Nie trzeba użerać się z pijanym, który nie jest w stanie dmuchnąć w alkomat, ani wieźć go od razu na badanie krwi. Stan trzeźwości można szybko określić na miejscu, a dopiero potem, w celach dowodowych, zabrać na badanie. 
Gościu nawalony jak szpadel, nie może się podnieść, żeby usiąść na ławce. Ratownik usiłuje nawiązać z nim kontakt, ale szybko okazuje się, że gość słabo mówi po angielsku... Czy już domyślacie się puenty? Kilka sekund po tym, jak pomyślałam, że to Polak, ratownik zapytał gościa Polish? Polski? Tak, to był nasz rodak kochany. Kurtyna.

piątek, 10 maja 2013

Tęsknię za Ikarusami

Czy ktoś z Was się może orientuje czy obowiązuje jakieś rozporządzenie, że np. do określonej daty kierowcy mają obowiązek włączać ogrzewanie w autobusach? Czy oni tam mają limit węgla do wykorzystania i grzeją dopóki go nie zużyją?
Jechałam dziś (i nie tylko dziś) do pracy autobusem, w którym kierowca po odjeździe z przystanku na pętli zamknął okna i wywietrzniki dachowe i włączył klimatyzację. Klimatyzacja działała z nawiewem ciepłego powietrza! Za oknem jest dzisiaj +16 stopni!
Przesiadłam się później na inną linię, podjechał nowy przegubowy MAN, w którym kierowca nic nie włączył. Dobrze, że chociaż okna można było otworzyć, ale to i tak dawało niewiele, gdy autobus stał w korku.

Codziennie podróżując komunikacją miejską zastanawiam się czy to tak trudno ogarnąć kierowcy, że JEST CIEPŁO i NIE POTRZEBA OGRZEWAĆ wnętrza autobusu? Czy on sam nie czuje, że na zewnątrz jest już CIEPŁO? Naprawdę prowadzi mnie to do wniosku, że oni mają nakazane włączać ogrzewanie, bo normalnie wolno myślący i średniointeligentny człowiek sam powinien się połapać w kwestii temperatur. Argument, że pasażer może poprosić o włączenie klimatyzacji - chłodzenia bądź ogrzewania, stosownie do potrzeb - nie jest dla mnie trafny. Wszyscy żyjemy w tym samym miejscu, w tej samej temperaturze dookoła nas i kierowcy doskonale wiedzą, że wnętrze pojazdu nagrzewa się szybciej i bardziej, bo taka jest jego specyfika.

Nie mam alternatywy, muszę jeździć komunikacją miejską. Czy naprawdę za każdym razem, każdego roku musi się powtarzać ta sama historia?

Naprawdę tęsknię za Ikarusami. Nie dość, że miejsca było w nich więcej, to jeszcze okna były na pół ściany. Zachciało nam się nowoczesności, psia mać, ale jak widać nie dorośliśmy jeszcze do niej. Europejska stolica, to brzmi dumnie, nie?

piątek, 3 maja 2013

Reporting Sieradz

W miniony weekend odwiedziłam Sieradz, a w nim moją koleżankę tłumaczkę. 
Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Znaczy siadasz tam, gdzie masz napisane na bilecie. Na moim miejscu siedziała pani z dzieckiem, która to pani w ostatniej chwili dowiedziała się, że musi jechać i nie miała biletu. Po prostu wsiadła do pociągu i miała nadzieję znaleźć jakąś miejscówkę, bo droga przed nią daleka. Przyznaję, że serduszko mi piknęło, żeby już pozwolić jej siedzieć, ale później pomyślałam sobie, że nie będę stać w przejściu 200 km, kiedy mam wykupiony bilet z miejscówką. Po obydwu stronach mnie siedziały dwie chude osóbki, ale dalej siedziała jedna za przeproszeniem gruba baba. Kiedy rzeczona układała się boczkiem, żeby sobie podrzemać, ta chuda obok niej spychana była na mnie. I tak przez 200 kilometrów. Jedynym pocieszeniem był pan w średnim wieku, siedzący naprzeciwko, który przez większość podróży słuchał muzyki w słuchawkach. Jechał dożo dalej niż ja, o czym dowiedziałam się mniej więcej w połowie drogi, kiedy zaczął rozmawiać przez telefon. Miał bardzo przyjemny głos i z całą pewnością lubił panią, z którą rozmawiał i do której zapewne jechał. Był pan jedynym jasnym punktem tej podróży, dziękuję panu. 
Powitalna kolacja zakończyła się tortem, który Pani Hudson - mama mojej koleżanki tłumaczki - przygotowała specjalnie dla nas w nagrodę na zakończenie tłumaczenia książki. Zawarłam również bliższą znajomość z chomikiem, a także miałam okazję zapoznać się z kilkoma gadżetami związanymi z Sherlockiem Holmesem, w których posiadaniu jest Carrie. Następnego dnia poszłyśmy na długi spacer po okolicy.

Modrzewiowy Dworek. Żeby nie było - żadnego modrzewia w okolicy. Najbliższy rośnie 10 metrów dalej w parku. 


Kawałek dalej most wiszący. W dodatku most zakochanych najwyraźniej, bo nie dość, że kłódeczki na nim poprzypinane, to jeszcze wyraz miłości na plaży ułożony.




Przez park biegnie ścieżynka rowerowa, jest też amfiteatr (a jakże!) i kapliczka. W tym miejscu stwierdziłam, że postarzałam się jednak, bo nie chciało mi się już robić z siebie pajaca i śpiewać na scenie...




To, co widać na zdjęciu poniżej to prywatna posiadłość. Trochę dziwnie wygląda w środku miasta, ale jest ładna i robi wrażenie.


A to już jedna z kamienic niedaleko rynku. Piękny dom i tworzy w tym miejscu niesamowity wręcz klimat.


No i sam rynek, gdzie usiadłyśmy przy piwie.


Zainteresowała mnie również ta budowla, bo przedwojenna i z czerwonej cegły. Zawaliło się, ale remontują. Może nów będzie ładne. I to był drugi raz, kiedy Carrie powiedziała coś, co już wielokrotnie słyszałam w swoim życiu, mianowicie, że interesują mnie dziwne rzeczy i dziwne rzeczy fotografuję (pierwsze było oznaczenie ścieżki rowerowej na murku).





Na koniec jeszcze obowiązkowo kościółek.



Ze wspaniałą dzwonnicą. Niestety trwa remont wokół rynku, stąd palety szpecące widok ogólny.



Ten niski budynek przypomina mi przedwojenną zabudowę Warszawy. Piszę przedwojenną, ale jeszcze w latach osiemdziesiątych można było spotkać takie budynki w stolicy. Sentyment.




A tu brama. Po drugiej stronie rynku panowie wznoszą podobną. Przypomina mi trochę pamiątkę po kładce getta na Chłodnej.



Na koniec troszkę luzu i humoru - Kilimandżaro. Dancing. 


I jeszcze tramwaj na terenie straży pożarnej. W Sieradzu nie ma tramwajów. Ten służy najwyraźniej tylko do ćwiczeń.


Życzyłam sobie, by w drodze powrotnej nie trafiła mi się znów gruba baba. Nie przewidziałam jedynie, że jest coś gorszego niż to. Dziecko. Śpiące na trzech miejscach. W przedziale martwa cisza i duchota nieziemska. Do tego matka z ADHD najwyraźniej, która utykała każdą najmniejszą szparkę, żeby nie zawiało jej dziecka. Kiedy mały się w końcu obudził był tak mokry, że matka musiała go przebrać. Ugryzłam się w język z komentarzem. Żeby było śmieszniej pojawiła się również gruba baba. Ale tym razem miejsca było więcej, więc mi nie przeszkadzała, a w dodatku stała się moim sprzymierzeńcem w walce o świeże powietrze. Tzn., jak już mały się wyspał, wysechł i został przebrany drzwi do przedziału zostały wreszcie otwarte i tak już do końca podróży. Następnym razem wypróbuję autobus.

środa, 1 maja 2013