The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

piątek, 3 maja 2013

Reporting Sieradz

W miniony weekend odwiedziłam Sieradz, a w nim moją koleżankę tłumaczkę. 
Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Znaczy siadasz tam, gdzie masz napisane na bilecie. Na moim miejscu siedziała pani z dzieckiem, która to pani w ostatniej chwili dowiedziała się, że musi jechać i nie miała biletu. Po prostu wsiadła do pociągu i miała nadzieję znaleźć jakąś miejscówkę, bo droga przed nią daleka. Przyznaję, że serduszko mi piknęło, żeby już pozwolić jej siedzieć, ale później pomyślałam sobie, że nie będę stać w przejściu 200 km, kiedy mam wykupiony bilet z miejscówką. Po obydwu stronach mnie siedziały dwie chude osóbki, ale dalej siedziała jedna za przeproszeniem gruba baba. Kiedy rzeczona układała się boczkiem, żeby sobie podrzemać, ta chuda obok niej spychana była na mnie. I tak przez 200 kilometrów. Jedynym pocieszeniem był pan w średnim wieku, siedzący naprzeciwko, który przez większość podróży słuchał muzyki w słuchawkach. Jechał dożo dalej niż ja, o czym dowiedziałam się mniej więcej w połowie drogi, kiedy zaczął rozmawiać przez telefon. Miał bardzo przyjemny głos i z całą pewnością lubił panią, z którą rozmawiał i do której zapewne jechał. Był pan jedynym jasnym punktem tej podróży, dziękuję panu. 
Powitalna kolacja zakończyła się tortem, który Pani Hudson - mama mojej koleżanki tłumaczki - przygotowała specjalnie dla nas w nagrodę na zakończenie tłumaczenia książki. Zawarłam również bliższą znajomość z chomikiem, a także miałam okazję zapoznać się z kilkoma gadżetami związanymi z Sherlockiem Holmesem, w których posiadaniu jest Carrie. Następnego dnia poszłyśmy na długi spacer po okolicy.

Modrzewiowy Dworek. Żeby nie było - żadnego modrzewia w okolicy. Najbliższy rośnie 10 metrów dalej w parku. 


Kawałek dalej most wiszący. W dodatku most zakochanych najwyraźniej, bo nie dość, że kłódeczki na nim poprzypinane, to jeszcze wyraz miłości na plaży ułożony.




Przez park biegnie ścieżynka rowerowa, jest też amfiteatr (a jakże!) i kapliczka. W tym miejscu stwierdziłam, że postarzałam się jednak, bo nie chciało mi się już robić z siebie pajaca i śpiewać na scenie...




To, co widać na zdjęciu poniżej to prywatna posiadłość. Trochę dziwnie wygląda w środku miasta, ale jest ładna i robi wrażenie.


A to już jedna z kamienic niedaleko rynku. Piękny dom i tworzy w tym miejscu niesamowity wręcz klimat.


No i sam rynek, gdzie usiadłyśmy przy piwie.


Zainteresowała mnie również ta budowla, bo przedwojenna i z czerwonej cegły. Zawaliło się, ale remontują. Może nów będzie ładne. I to był drugi raz, kiedy Carrie powiedziała coś, co już wielokrotnie słyszałam w swoim życiu, mianowicie, że interesują mnie dziwne rzeczy i dziwne rzeczy fotografuję (pierwsze było oznaczenie ścieżki rowerowej na murku).





Na koniec jeszcze obowiązkowo kościółek.



Ze wspaniałą dzwonnicą. Niestety trwa remont wokół rynku, stąd palety szpecące widok ogólny.



Ten niski budynek przypomina mi przedwojenną zabudowę Warszawy. Piszę przedwojenną, ale jeszcze w latach osiemdziesiątych można było spotkać takie budynki w stolicy. Sentyment.




A tu brama. Po drugiej stronie rynku panowie wznoszą podobną. Przypomina mi trochę pamiątkę po kładce getta na Chłodnej.



Na koniec troszkę luzu i humoru - Kilimandżaro. Dancing. 


I jeszcze tramwaj na terenie straży pożarnej. W Sieradzu nie ma tramwajów. Ten służy najwyraźniej tylko do ćwiczeń.


Życzyłam sobie, by w drodze powrotnej nie trafiła mi się znów gruba baba. Nie przewidziałam jedynie, że jest coś gorszego niż to. Dziecko. Śpiące na trzech miejscach. W przedziale martwa cisza i duchota nieziemska. Do tego matka z ADHD najwyraźniej, która utykała każdą najmniejszą szparkę, żeby nie zawiało jej dziecka. Kiedy mały się w końcu obudził był tak mokry, że matka musiała go przebrać. Ugryzłam się w język z komentarzem. Żeby było śmieszniej pojawiła się również gruba baba. Ale tym razem miejsca było więcej, więc mi nie przeszkadzała, a w dodatku stała się moim sprzymierzeńcem w walce o świeże powietrze. Tzn., jak już mały się wyspał, wysechł i został przebrany drzwi do przedziału zostały wreszcie otwarte i tak już do końca podróży. Następnym razem wypróbuję autobus.

3 komentarze:

  1. Cieszę się, że się podobało :-)

    CR

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, kierują mną powody osobiste, ponieważ dane mi było spędzić tam nieco czasu. Ale i tak NIENAWIDZĘ tego miasta. I mam nadzieję, że nigdy już więcej do niego nie pojadę.

    OdpowiedzUsuń
  3. A to ciekawe, bo Twoja opinia nie jest odosobniona. Nie pierwsze to narzekanie na tę mieścinę, jakie słyszę. Ciekawe dlaczego?

    OdpowiedzUsuń