The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

czwartek, 24 lutego 2011

Lęk wysokości

Mówią, że jednostki wybitne są zawsze samotne, ale to marna pociecha. Na mnie samotność wyciska piętno. Mam wrażenie, że do pewnego wieku marzyłam i czekałam, aż przyjdzie właściwy czas i wszystko samo się w moim życiu stanie. To, co dzieje się zawsze w życiu każdego człowieka. Mijał czas. Aż wreszcie nastąpiła seria wydarzeń, takich, efektami przynajmniej części których powinnam cieszyć się do dzisiaj. A tymczasem przeleciały prawie nie pozostawiając po sobie śladu, jakby ich nigdy nie było. A ja poczułam się stara. Mam poczucie, że na wiele rzeczy jest już za późno. Boję się, że nie spełni się już większość marzeń, które nosiłam pod sercem. Czekałam, czekałam i czekałam na to, co miało nadejść, a pewnego dnia otworzyłam oczy i było już za mną. Mam zaledwie trzydzieści kilka lat, a chciałabym, żeby już było po wszystkim, żeby już moje życie się skończyło. Nie chce mi się męczyć na próżno jeszcze tyle lat zanim umrę. Z każdym rokiem, a może nawet z każdym dniem, coraz bardziej bezsensownie. Po nic. No bo po co?

"Żyłam między tęsknotą lata, a chłodem zimy.

Kiedy byłam młodsza myślałam czasem, że gdy przyjdzie lato zakocham się w kimś i dopiero wtedy zacznę żyć naprawdę. Kiedy jednak zrobiłam już wszystko, co miałam do zrobienia, lato dobiegło końca i został tylko chłód zimy.

Nie o takim życiu myślałam."

Nie o takim życiu myślałam...

Ludzie powinni pobierać się, wiązać ze sobą i mieć dzieci, kiedy są piękni i młodzi. Dla siebie nawzajem. A potem razem się starzeć i przyzwyczajać do coraz mniejszej sprawności, a coraz większej liczby dolegliwości. Potem tylko odliczać wspólne lata. Dlaczego mnie ominęło to szczęście? Dlaczego mam zdolność myślenia o tym? Dlaczego w tym jednym przypadku nie mogłam mieć w życiu tak, jak inni – ci zwyczajni, przeciętni, nie wyróżniający się z tumu, których pełno dookoła mnie? Którzy żyją błogosławieni nieświadomi życia. Dlaczego i w tym musiałam być tak cholernie i niechcący oryginalna?

Ludziom, którzy mnie otaczają wydaje się, że moje życie jest lajcikowe i prawie pozbawione problemów. A ja boje się każdego dnia. Jeszcze płynę... ale lód nade mną zamarza... Każdy dzień to dla mnie balans na cienkiej lince rozpiętej gdzieś wysoko. Muszę po niej przejść codziennie od świtu do zmierzchu. A ja mam lęk wysokości. Tak bardzo boję się spaść, że czasami myślę sobie, że chciałabym spaść i żeby to wreszcie się skończyło. I wiem, że zanim doleciałabym do ziemi zdążyłabym poczuć żal, że wszystko się kończy...

7 komentarzy:

  1. Czasem trzeba pokochać swoje wady i porażki i zdobyć się na zbudowanie na nich czegoś, z czego choćby sami na świecie, ale jednak będziemy dumni. Jakie by nie było.

    Bo wycofać się i stchórzyć potrafi byle kretyn.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem największym bohaterem nie jest ten, kto dokonuje rzeczy spektakularnych, ale ten niewidzialny Ktoś, w całej masie innych mu podobnych niewidzialnych Ktosiów, kto wstaje codziennie rano by zmierzyć się z kolejnym dniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pełne zaskoczenie. Czytam Twojego bloga "od tyłu" i ten wpis jest dla mnie pełnym zaskoczeniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem Ci w tajemnicy, że dziś mam ochotę napisać go ponownie. Nic się nie zmieniło. Miłej lektury.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lektura miła, jednak nadal ten wpis nie pasuje mi do całości. Tzn. "nie pasuje" to trochę złe określenie. Zmienia mi Twój obraz. Tak jak z książką, kiedy się czyta, tworzy się swoje wyobrażenia o miejscach, postaciach, tak czytając Twojego bloga stworzyłem sobie pewien "obraz" Ciebie, który zaburza ten właśnie wpis.

    OdpowiedzUsuń
  6. Cierpię samotność. Dlatego prowadzę bloga - żeby mieć do kogo otworzyć gębę. Dlatego zasuwam kilometry na rowerze - żeby coś robić. Dlatego robię zdjęcia - pokazałabym je komuś, gdybym miała komu. Doskwiera mi to każdego dnia, tylko nie każdego dnia o tym mówię.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ejże, cóż to za chmura pesymizmu. Jeżeli nie masz nic "naprzeciwko", możemy się umówić na "rowerowanie". Tak się składa, że w tym temacie jestem osamotniony. Córka ma swoje towarzystwo i dla ojca nie ma już czasu, Żona nigdy nie nauczyła się porządnie jeździć na rowerze (uraz z dzieciństwa), nawet załatwiliśmy sobie z tego powodu tandem i czasami na nim jeździmy, ale wiadomo - nie wszędzie takim "cudem" można swobodnie wjechać i na dodatek żona za tym nie przepada, wśród znajomych przeważa "miłość" do samochodów. W takiej sytuacji swoje "rowerowanie" uprawiam sam. Z tego co widzę "eksplorujemy" podobne okolice więc cóż szkodzi połączyć "przyjemne z pożytecznym". :-)

    OdpowiedzUsuń