The Formula 1 Widget
requires Adobe Flash
Player 7 or higher.
To view it, click here
to get the latest
Adobe Flash Player.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Welcome to London - cz. 1

W miniony weekend odbyłam podróż do Londynu śladami Sherlocka Holmesa z serialu BBC. 
Wylecieliśmy z moim kolegą z Warszawy o 21:30, na miejsce dotarliśmy więc grubo po północy. To znaczy najpierw na lotnisko Stansted, na którym przeokropnie wieje, a dopiero potem do samego Londynu. Po raz pierwszy doświadczyłam szoku jazdy po niewłaściwej stronie drogi. Wysiedliśmy na Liverpool Street Station i przyszło nam poszukać dojazdu do naszej kwatery, która mieściła się niedaleko King`s Cross, tak, TEGO King`s Cross, na którym wszakże nie ma peronu 9 i 3/4. Niestety metro już nie jeździło, a przemiła pani w informacji potrafiła nam jedynie powiedzieć, że tam są autobusy i mamy sobie radzić. Thank you very much for nothing. Zidentyfikowaliśmy potrzebną nam linię i poszliśmy szukać naszego przystanku. A trzeba Wam wiedzieć, że wiało nieźle i padał zimny deszcz. Piękna pogoda dla zmęczonych podróżnych. W dodatku był piątek. Piąteczek, piątunio... Cały Londyn się bawi. I to z gestem. Pijani ludzie drą mordy, pardon... śpiewają na całe gardło, ale jedynie po słowach udaje się co nieco rozróżnić o jaką piosenkę chodzi, bo ilość decybeli jest taka, że melodię dawno szlag trafił. Policja tylko się przygląda. W powietrzu unosi się woń haszyszu czy innego zielska, dosłownie cały Londyn pachnie ziołem! Ludzie w autobusie, w wejściach do pubów - zewsząd czuć wyziewy tej nocy. Powędrowaliśmy w złą stronę. Świetnie. Zaczepia nas jakiś pijany jegomość i strasznie chce się z nami bawić. No, thank you, go your own way. Od czasu do czasu słychać polski język. Tę knajpę mijaliśmy kilkukrotnie. Fotkę zrobiłam już za dnia.


Koniec języka za przewodnika - Marek udał się na posterunek policji, gdzie przesympatyczna pani policjantka wytłumaczyła mu jak dostać się na nasz przystanek i nawet chciała mu dać pieniądze na  bilet. Pozdrawiamy posterunek Bishopsgate. 


Na mojej mapie rzeczy do zobaczenia znajdowało się kilka miejsc, jednym z nich był budynek o charakterystycznym jajowatym kształcie, który pojawia się w filmie. Ponieważ jednak był - jak mi się wydawało - nie bardzo nam po drodze, to zrezygnowałam z oglądania go. Udaliśmy się na nasz przystanek i niespodzianka - za płotem budowy znajdował się właśnie ten budynek. Oto on, nie pamiętam jak się nazywa. No i fotkę zrobiłam już za dnia.


Kiedy wreszcie dotarliśmy do naszego hostelu było coś po drugiej w nocy. W międzyczasie jechaliśmy autobusem, w którym pobili się dwaj murzyni. Londyn miał dla nas wiele atrakcji. A w ogóle to w pierwszym autobusie kierowca powiedział, że nie ma wydać reszty, więc jechaliśmy na gapę. Za to kiedy wreszcie dobiliśmy się do drzwi hostelu... Drzwi się otworzyły i stanął w nich prawie służący z Rodziny Adamsów, albo Golum z Sherlocka. Ze dwa metry wzrostu, łysy, dziobaty na gębie, w płaszczu o nieokreślonym fasonie i dość przyjaznym obliczem. Marek na chwilę zaniemówił z wrażenia, zanim wydukał, że we have a reservation here... Golum wcale nie myślał długo, tylko uśmiechnął się szeroko otwierając drzwi: "A! Marek, right? Welcome!". Znów silnie wionęło ziołem...
Dostaliśmy pokój na ostatnim piętrze. Po całej nocy w podróży musieliśmy się jeszcze wtaszczyć z bagażami po wieeelu schodach. A nasz pokój był troszkę klaustrofobiczny. Powiedzieć o nim, że wystrój pamiętał głęboki PRL byłoby kłamstwem, bo w Wielkiej Brytanii nie było PRL-u, ale gdyby był, to właśnie takie piętno powinien był odbić na tym pokoiku o wymiarach 3x4 m. Piętrowe łóżko. Pierwszy raz w życiu spałam na górze. I bałam się, że spadnę.  Na jednej ze ścian mieliśmy taką oto ozdobę. 


Poszliśmy spać około 3 nad ranem czasu lokalnego, w Polsce była już 4 nad ranem... Wcześniej zeszliśmy jeszcze w dół po schodach pożarcie. Zaopatrzyliśmy się w fish & chips u przesympatycznego pastowańca - Araba czy innego Hindusa, pokonaliśmy schody w górę. I nareszcie mogliśmy pójść spać czekając na następny dzień pełen wrażeń.

2 komentarze:

  1. Widziałaś zupełnie inny Londyn niż ja jako turystka. I dla mnie wszyscy myli, to aż dziwne - a może po prostu za bardzo przyzwyczaiłam się do polskiego chamstwa. Jednak jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam chamskiego Anglika (ani Angielski), jednak prawdopodobieństwo mówi, że i tacy muszą istnieć. Widać miałam szczęście ich nie spotkać :-P Lewa strona drogi to nie jest zła strony drogi, tylko prawidłowa! To my na kontynencie jeździmy po złej stronie drogi! Tylko pomyśl, jeśli jesteś praworęczna, po której stronie nosisz miecz? Na lewym biodrze oczywiście (no chyba, że masz dwuręczny, który nosisz na plecach). Więc, tniesz na prawo. Wieć trzymasz się lewej strony drogi, żeby przeciwnika mieć po prawej. Dopiero po Rewolucji Francuskiej wsioki stwierdziły, że lewa strona jest dla burżujów i będą jeździć po prawej :-P Ten jajowaty budynek nazywa się oficjalnie 30 St Mary Axe, ale zwany jest popularnie Swiss Re Building od nazwy towarzystwa ubezpieczeniowego, które ma, czy też miało tam siedzibę. Inna popularna nazwa to "Gherkin" - korniszon, ze względu na kształt budynku. Golum z Sherlocka? Chyba Golem? :) Kiedy ja śpię na piętrowym łóżku, boję się raczej o życie osoby pode mną, bo z moją wagą, nigdy nic nie wiadomo. Raz w Malborku koleżance spadła deska na głowę X-D

    CR

    OdpowiedzUsuń
  2. Boś Ty jechała w zorganizowanej wycieczce, a ja samopas i na dziko, zdana na własne siły. Nie powiem, podobało mi się. Poza tym żadne biuro podróży nie zorganizowałoby mi takiej wycieczki po Londynie, jaką sama sobie zorganizowałam. Marek wpadł nawet na pomysł, aby zrobić z tego sposób na zarabianie pieniędzy, czyli organizować właśnie takie weekendowe wypady dla fanów. Może coś w tym jest..?

    OdpowiedzUsuń