Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Nie zajeżdżaj drogi L-ce!

Prawo jazdy odebrałam 29 września ubiegłego roku, trzy miesiące później nabyłam własne autko. Wciąż jednak czuję się jakbym na dachu miała L-kę – jej faktyczny brak dodaje mi stresu w ruchu ulicznym. Wciąż mam też do czynienia ze skandalicznymi zachowaniami innych kierowców, ale teraz jeszcze do nauki jazdy chciałabym wrócić.
Jak powszechnie wiadomo kierowcy z literką „L” na dachu są... nieobliczalni. To znaczy nigdy nie wiadomo do końca czego można się po nich spodziewać. I kiedy. Ale – o, zgrozo! – z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że w dużej mierze to ci starsi stażem kierowcy doprowadzają do niebezpiecznych sytuacji z nauką jazdy w roli głównej. Przykład? Skrzyżowanie w kształcie litery T, ze światłami. „Daszek” litery T to główna droga, na której stoję i ja, „pierwsza na słupie” i czekam do skrętu w lewo (w „nóżkę” litery T). Mamy zielone, ale z naprzeciwka jadą; gęściej, rzadziej, ale jadą nieprzerwanie. Gdybym była nieco bardziej doświadczonym kierowcą pewnie ze dwa razy zdążyłabym się wcisnąć w te luki. Ale nie jestem. Nie „depnę” i nie przeskoczę. Mam tę świadomość, że muszę poczekać, bo inaczej narobię bałaganu na skrzyżowaniu. Kątem oka obserwuję w lusterku, jak zza mnie wyskakują ci bardziej doświadczeni, co to nie boją się depnąć i przeskoczyć. No bo kto normalny będzie stał za czającą się L-ką!
I wreszcie jest! Dziura na tyle duża, że bezpiecznie się zmieszczę! No to jadę! Ruszam na pewniaka i w tym samym momencie widzę, jak razem ze mną ten sam manewr wykonuje auto, które stało za mną. Gość wystartował w tej samej chwili, co i ja, tylko, że po trzech metrach okazało się, że on zajeżdża i blokuje mi drogę, bo po skręcie, do dyspozycji jest tylko jeden pas. Widząc to hamuję więc na środku skrzyżowania, żeby przepuścić debila, bo mu się spieszy... Bo to przecież wstyd stać za L-ką... Tylko po co mi ten dodatkowy stres? Miałam prawo nie spodziewać się żadnego samochodu z mojej lewej strony, nawet nie spojrzałam. A gdybym go tak nie zauważyła kątem oka? Staranowałabym go na środku skrzyżowania. I po co to komu?
Innym razem jechałam osiedlową ulicą, ale taką główniejszą, po której autobusy jeżdżą. Są przejścia dla pieszych z wysepkami, a przy krawężnikach parkują rzędy samochodów, więc miejscami jest dość wąsko. Jadę ze 30 km/h, dopiero co ominęłam przejście dla pieszych i przystanek, przede mną kilkadziesiąt metrów prostej do następnej wysepki. Zaczynam się rozpędzać, żeby chociaż te 50 km/h... i najpierw słyszę silnik na wysokich obrotach, a po dwóch sekundach widzę wyprzedzające mnie BMW. No bo kto normalny będzie się wlókł za L-ką! A mnie nie pozostaje nic innego, jak wlec się dalej, bo jestem już tak blisko wysepki, że nie ma sensu przyspieszać... Już nie. A mogłam, naprawdę mogłam pojechać szybciej...

Takich sytuacji z pewnością było więcej, na szczęście nie wszystkie pamiętam, bo bałabym się jeździć. Chciałabym zaapelować do kierowców, tych bardziej doświadczonych, żeby nie przeszkadzali kursantom w pojazdach nauki jazdy. Po pierwsze: każdy z was siedział kiedyś w tym miejscu, niektórzy może nawet całkiem niedawno. Może za kierownicą tej L-ki siedzi człowiek, który pierwszy raz jedzie w ruchu ulicznym? On czy ona przeżywa w tej chwili taki stres, że nie rozumie połowy z tego co mówi siedzący obok instruktor i prawdopodobnie ogarnia zaledwie połowę tego, co dzieje się dookoła na drodze. Po co dokładać jeszcze dodatkowy stres? Ja na przykład bardzo chciałam zrobić prawo jazdy, ale nigdy nie zapomnę chwili, kiedy na drugich zajęciach, po tym, jak pokręciliśmy się po placyku manewrowym, mój Instruktor powiedział, że jedziemy na miasto. Moja czwarta godzina za kółkiem, a on mówi, że jedziemy na miasto! Później, kiedy już zaczęłam więcej jeździć po mieście, trochę się oswoiłam z ruchem ulicznym i reakcjami kierowców. Niektórzy są też bardzo uprzejmi dla L-ek: wpuszczają, pozwalają w spokoju wykonywać manewry (chociaż tam pewnie wiązanka leci pod moim adresem, że się ślimaczę...) – takie coś bardzo pomaga. Po drugie: kierowcy pojazdów nauki jazdy – kursanci – naprawdę mają swoje wytyczne, których powinni / muszą się trzymać. Dla kogoś, komu prawo jazdy zdążyło się już zakurzyć, brzmi to śmiesznie lub zgoła absurdalnie, bo jest już przyzwyczajony do jazdy miejskiej, ale jazda na kursie, to pierwsza jazda w życiu człowieka i jak mówią ostatnia, która przebiega zgodnie z przepisami. Co to znaczy? A chociażby to, że ty zatrzymasz się przed pasami dopiero, jak ci pieszy zacznie wchodzić pod maskę, a kursant zacznie już zwalniać, gdy pieszy będzie miał jeszcze trzy metry do pasów. Kursant nie rozwinie 70 km/h na ograniczeniu do 40. Nie i koniec.
To, co dla doświadczonego, obytego w ruchu miejskim kierowcy jest normalnością, kursanta w L-ce może zaskoczyć. Działanie innego kierowcy może popsuć lub uniemożliwić L-ce wykonanie zaplanowanego manewru. Może go przestraszyć i zniechęcić oraz wywołać brak wiary we własne umiejętności za kierownicą i sens robienia prawa jazdy w ogóle. Wreszcie możesz stworzyć – ty, doświadczony kierowca! o umiejętnościach większych niż kursanta w L-ce – możesz stworzyć realne zagrożenie na drodze, tylko dlatego, że chciałeś przeskoczyć, wyprzedzić zawalidrogę, pospieszyć kilka metrów. Pozwólcie L-ce zrobić to, co ma zrobić. Nie przeszkadzajcie kursantowi, a wszyscy będą cali, zdrowi i bezpieczni. Żeby była jasność – biorę ten apel również do siebie. W mojej okolicy jeździ mnóstwo L-ek. Kiedyś stałam za taką jedną – zielone zapaliło się już jakieś sześć sekund temu, a my nadal stoimy... Ale nikt nie trąbi, nikt nie błyska światłami, nikt L-ki nie pogania (nawet jeśli w klnie pod nosem). Wreszcie L-eczka spokojnie się zebrała i przejechała skrzyżowanie. I już.
Nie przeszkadzajcie L-kom.

wtorek, 29 grudnia 2015

Jestę kierowcą

Moja historia o robieniu prawa jazdy pozostała niedokończona i czuję się w obowiązku ją uzupełnić. Otóż zdałam egzamin, najpierw teoretyczny, tydzień później praktyczny. Obydwa w pierwszym podejściu, dziękuję. Odebrałam już też prawo jazdy i jestem kierowcą. A właściwie, jak w tytule posta: jestę kierowcą, bo tak naprawdę to czuję, że dopiero teraz najwięcej nauki przede mną. Obycia na drodze.
Przed teoretycznym bardzo się denerwowałam, bo trzeba zdać teorię, żeby móc podchodzić do praktyki. Jeszcze w wieczór poprzedzający dzień egzaminu ślęczałam nad testami na kompie, czego normalnie nigdy nie robię. Ale opłaciło się, bo kilka pytań powtórzyło mi się na właściwym egzaminie, co mnie bardzo ucieszyło. A kiedy po skończonym egzaminie zobaczyłam na ekranie zielony napis POZYTYWNY, to świat przestał istnieć. :-)
Przed praktycznym wzięłam jeszcze dwie godzinki z Instruktorkiem i to też była trafiona decyzja, bo poćwiczyliśmy jeszcze parkowanie, które potem perfekcyjnie powtórzyłam na egzaminie. Sam egzamin praktyczny trwał 43 minuty, podczas których objechałam całe swoje osiedle skręcając prawie wyłącznie w lewo. :-) Z perspektywy czasu oceniam, że miałam szczęście do egzaminatora (jak i do Instruktora!), bo miał dokładnie dwie sytuacje, za które mógł mnie oblać, gdyby chciał. Ale ewidentnie nie chciał. Ostatni manewr, zawracanie na trzy, wykonałam już na parkingu pod samym WORDem. A potem zaparkowałam i20 dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyruszyłam na egzamin, po czym usłyszałam od Pana Egzaminatora: „Dziękuję, koniec egzaminu”. Wręczył mi papiery, spytał która próba. Pierwsza. O, to świetnie. Z tymi papierami do Wydziału Komunikacji. Wybiegłam z WORDa z okrzykiem „Zdałam!”.
Napisałam, że miałam szczęście do instruktora. Ano, jak słyszę lub czytam opowieści, że instruktor był wiecznie pijany i/lub skacowany, że spał w samochodzie prowadzonym przez kursanta, albo zajmował się pisaniem esemesów, to naprawdę stwierdzam, że ja miałam szczęście. Mój Instruktor był skupiony na jeździe, na drodze i na tym, co ja robię. Chwalił, ganił, podpowiadał, korygował, wyjaśniał. Atmosfera w samochodzie była super. Mijaliśmy na drodze L-ki, i to egzaminacyjne L-ki, w których egzaminator ślęczał nad ekranem smartfona, a egzaminowany wymuszał pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Ja mogłam zaufać osądowi mojego Instruktora. Kiedyś zabrał mnie na trasę wylotową, na której musiałam skręcić w lewo, przecinając trzy pasy szybkiego ruchu. Zbladłam z przerażenia, kiedy zorientowałam się co mi zgotował, ale zaraz potem pomyślałam, że skoro on wie, że dam radę, to dam radę. I dałam. Dodatkowo mój Instruktor do znudzenia wałkował ze mną kilka manewrów, które później wykonałam na egzaminie. I byłam spokojna, że wykonam je prawidłowo, bo robiłam to wcześniej wiele razy.
Teraz pomalutku objeżdżam się po swojemu, po okolicy i po mieście. Jak widzę eLeczkę przede mną, to staram się nie podjeżdżać zbyt blisko – jako kursantkę strasznie mnie to deprymowało! – i spokojnie czekam na działanie kierowcy. Za każdy EGZAMIN ściskam kciuki. (Nie wiem dlaczego, ale bardzo mi zależało, żeby egzamin zdawać w białym samochodzie, nie w srebrnym. Taka myśl irracjonalna mnie opadła. I kiedy tak szliśmy z egzaminatorem po placu do „naszego” samochodu to powtarzałam w myślach „tylko niech będzie biały, biały, musi być biały!” Kiedy egzaminator wskazał, w który samochód wsiadamy, a ja zobaczyłam, że jest on biały, to już wiedziałam, że będzie dobrze.)
Mogę powiedzieć, że spełniły się moje marzenia. Zawsze chciałam zrobić prawo jazdy i mieć nawet malutki samochód. No i teraz mam. Kupiłam sobie prawie pełnoletnie wozidełko na dobry początek. Uważaj więc, czego sobie życzysz, bo możesz to dostać. ;-) 
Powodzenia wszystkim zdającym i szerokiej drogi.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Pojazd uprzywilejowany

Widziałam taką oto sytuację: autobus odjeżdżał z przystanku, poruszając się drogą główną, z pierwszeństwem przejazdu, zbliżając się za chwilę do skrzyżowania. Z drogi podporządkowanej, z prawej strony, wyjeżdżała karetka, która przecięła drogę główną w poprzek. Karetka jechała z włączonymi światłami (kogutami), ale bez sygnału dźwiękowego. Autobus na szczęście jechał dość wolno, bo dopiero co chwilę temu ruszył z przystanku (zdążył włączyć się do ruchu zanim dojechał do rzeczonego skrzyżowania), ale mimo to, nie zwolnił, by ustąpić pierwszeństwa karetce. Karetka po prostu była szybsza i przejechała przed autobusem. Ale karetka nie była w tej sytuacji pojazdem uprzywilejowanym, bo wysyłała tylko sygnały świetlne, bez dźwiękowych. 

Po południu tego samego dnia byłam uczestnikiem podobnego zdarzenia. Otóż pomykałam sobie moją „L” po drodze, na której było po jednym pasie w każdą stronę. Stanęłam do skrętu w lewo, na kawałku wydzielonego pasa (droga wąska, szału nie ma, ale coś tam dało się wygospodarować). Z naprzeciwka jechała osobówka, a za nią radiowóz. Radiowóz miał włączone koguty, ale nie sygnał dźwiękowy. Tzn. wydzielał z siebie jakiś dźwięk, ale brzmiał on jak sygnał alarmu samochodowego. Z pewnością nie była to rozdzierająca i słyszalna z daleka policyjna syrena. Osobówka jadąca przed radiowozem nie ustąpiła mu pierwszeństwa. Policjant skorzystał z możliwości wyprzedzenia jej na skrzyżowaniu, bez kierunkowskazu, wciskając się na gazetę pomiędzy tę osobówkę i mnie czekającą do skrętu. Przyznam szczerze, że nie bardzo wiem, jak się ustosunkować do tego wydarzenia, chociaż mój instruktor orzekł, że gdyby ten radiowóz w nas przywalił (a niewiele brakowało), to byłaby jego wina. Ja pozostaję przy stanowisku, że wg mnie nie był to pojazd uprzywilejowany. 

 
Art. 53. 1. Pojazdem uprzywilejowanym w ruchu drogowym może być pojazd samochodowy:
    1) jednostek ochrony przeciwpożarowej;
    2) zespołu ratownictwa medycznego;
    3) Policji;
    4) jednostki ratownictwa chemicznego;
    5) Straży Granicznej;
    6) Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego;
    7) Agencji Wywiadu;
    7a) Centralnego Biura Antykorupcyjnego;
    7b) Służby Kontrwywiadu Wojskowego;
    7c) Służby Wywiadu Wojskowego;
    8) Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej;
    9) Służby Więziennej;
    10) Biura Ochrony Rządu;
    10a) kontroli skarbowej;
    10b) Służby Celnej;
    10c) straży gminnych (miejskich);
    10d) podmiotów uprawnionych do wykonywania zadań z zakresu ratownictwa górskiego;
    10e) Służby Parku Narodowego;
    10f) podmiotów uprawnionych do wykonywania zadań z zakresu ratownictwa wodnego;
    11) Inspekcji Transportu Drogowego;
    12) jednostki niewymienionej w pkt 1-11, jeżeli jest używany w związku z ratowaniem życia lub zdrowia ludzkiego - na podstawie zezwolenia ministra właściwego do spraw wewnętrznych.
1a. Minister właściwy do spraw wewnętrznych stwierdza wygaśnięcie zezwolenia, o którym mowa w ust. 1 pkt 12, gdy ustaną okoliczności uzasadniające wykorzystanie pojazdu jako uprzywilejowanego.
2. Kierujący pojazdem uprzywilejowanym może, pod warunkiem zachowania szczególnej ostrożności, nie stosować się do przepisów o ruchu pojazdów, zatrzymaniu i postoju oraz do znaków i sygnałów drogowych tylko w razie, gdy:
    1) uczestniczy:
      a) w akcji związanej z ratowaniem życia, zdrowia ludzkiego lub mienia albo koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa lub porządku publicznego albo
      b) w przejeździe kolumny pojazdów uprzywilejowanych,
      c) w wykonywaniu zadań związanych bezpośrednio z zapewnieniem bezpieczeństwa osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe, którym na mocy odrębnych przepisów przysługuje ochrona;
    2) pojazd wysyła jednocześnie sygnały świetlny i dźwiękowy; po zatrzymaniu pojazdu nie wymaga się używania sygnału dźwiękowego;
    3) w pojeździe włączone są światła drogowe lub mijania.

A skoro już jesteśmy przy temacie, to na koniec obrazek. Nic tak bowiem nie poprawia humoru kierowcy, jak łamiąca przepisy Policja. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Niezbadane są drogi „L-ki”

Obserwując osoby prowadzące samochody z „L” na dachu niejednokrotnie byłam świadkiem dziwnych, często niezrozumiałych i kompletnie niewytłumaczalnych manewrów. Zawsze wtedy myślałam, że to siedzi za kierownicą kompletny świeżak, który pewnie pierwszy raz jest w ogóle na mieście, jest zestresowany i w ogóle nie ogarnia co się dookoła niego dzieje. O, jakże okrutna i niesprawiedliwa była moja ocena... Oczywiście, babole za kierownicą zdarzają się każdemu – nawet tak wybitnemu kursantowi, jak ja – i nie zamierzam tu usprawiedliwiać gapiostwa czy głupoty. Ale czasami kursant nie jest winny... 

Z mojego podwórka. Dojeżdżamy do skrzyżowania. Mamy zielone. Wielka lampa wisi nad skrzyżowaniem, jeszcze większa na słupie po prawej stronie. Jadę. Zwalniam nieco, bo będę skręcać w prawo. Strzałek nie ma. I nagle słyszę, jak instruktor mówi: „Do zatrzymania”. A wcześniej skręcaliśmy w prawo na strzałce warunkowej, więc tam musiałam się zatrzymać. Tutaj nie muszę, ale on mi z prawego fotela nadaje już ciągiem „do-zatrzymania-do-zatrzymania-do-zatrzymania-do-zatrzymania” i to głosem coraz wyższym i coraz bardziej napiętym. Myślę sobie ki diabeł? Przecież zielone jak byk, zaraz oczy nam wypali, za nami autobus też już widać, że kołami w miejscu przebiera, a ten mi się tu każe zatrzymać. W końcu olśniewa mnie, że przecież to ja prowadzę, a ja mam zielone, więc jadę. Najwyżej potem sobie wyjaśnimy sprawę z instruktorem. Przejechałam, ale nie wytrzymałam i pytam: „Dlaczego kazałeś mi się zatrzymać, jak było zielone?” A instruktor odpowiada: „Ja ci mówiłem bez zatrzymania...” A wystarczyło, żeby powiedział np. zwykłe „Jedź”. I tak oto nauczyłam się, dlaczego „L-ki” zatrzymują się na zielonym. 

Kiedy indziej znów dojeżdżaliśmy do skrzyżowania – jeden pas dla skręcających w lewo, jeden do jazdy na wprost i w prawo. „Jak jedziemy na skrzyżowaniu?” Chwila zastanowienia. „Pojedziemy sobie w prawo...” OK. Już palec mój dotyka dźwigienki kierunkowskazu, już lampeczka dążyła raz błysnąć... „Albo nie, prosto.” Dobra. Wyłączam kierunek. Szkoda, że już zdążył błysnąć. Skrzyżowanie coraz bliżej. „Nie, w prawo. Pojedziemy w prawo.” Wciskam kierunek jeszcze raz z myślą, że jeśli nawet teraz zmieni zdanie, to już za późno – jedziemy w prawo, bo ja nie będę mrugać kierunkowskazami jak choinka i chaosu na drodze wprowadzać. I tak wprowadzam czasem, bo mi się kierunkowskaz wciśnie za mocno / za lekko i zamiast go wyłączyć, to włączam w drugą stronę. I tak parę razy i wyłączyć nie mogę. Że już o nagminnym włączaniu świateł drogowych przy włączaniu kierunkowskazu nie wspomnę... 

Nabieram więcej pokory i dystansu do „L” na drodze, bo chociaż mam świetnego instruktora, to bez niego czasem jazda idzie płynniej. 


środa, 29 lipca 2015

Moje prawo jazdy

Robię prawo jazdy kat. B. Nareszcie. Każdemu polecam.
Od bardzo dawna chciałam mieć prawo jazdy, niestety zawsze jakoś były inne, pilniejsze wydatki. Ale wreszcie zebrałam się, zaoszczędziłam i spełniam swoje marzenie, pomykając od jakiegoś czasu ulicami z biało-niebieską „L” na dachu.
Do wczoraj wyjeździłam 12 godzin jazd. Chociaż to nieprecyzyjne określenie, ponieważ dwie czy trzy pierwsze godziny spędziłam na placu ucząc się tego co pod pokrywą silnika (nie maską, maskę to nosił Zorro), w jakie rodzaje oświetlenia wyposażony jest „mój” i20 oraz turlając się w tę i z powrotem. Ale za to po czwartej godzinie (jeżdżę w blokach 2 godzinnych, jak chyba każdy zresztą, bo co to jest godzina za kółkiem...) sama odwiozłam się do domu. To było fajne.
Jak mój instruktor pierwszy raz powiedział, że opuszczamy plac manewrowy i wyruszamy na drogi publiczne, to nie powiem, zestresowałam się. Cały czas obawiałam się, że czegoś nie zdążę dojrzeć, nie zdążę zareagować, wjadę gdzie nie powinnam. Ale przecież po to mam obok instruktora, żeby takich rzeczy uniknąć. A instruktor ma pod nogami pedał sprzęgła i hamulca. Nie ma tylko kierownicy. Wiem, że jako początkujący kierowca mało mam do powiedzenia, niemniej jednak mogę z dumą przyznać, że hamulca za mnie instruktor użył do tej pory chyba tylko ze trzy razy, w tym raz niepotrzebnie przy parkowaniu. Tzn. on wcisnął o ułamek sekundy wcześniej, niż ja. A raz mieliśmy taką sytuację – klasyka drogowa w mieście – kiedy gówniarz na rowerze w ostatniej chwili wjechał na przejście dla pieszych, oczywiście prosto mi pod koła. Przód mojej eleczki był już za linią zatrzymania, na pasach, kiedy przed samochodem, na wysokości instruktora, pojawiło się przednie koło roweru. Na szczęście nie jechałam szybko, bo skrzyżowanie. Zdążyłam zahamować. Ciężarówka za mną też zdążyła. Pan instruktor pochwalił. A ja do końca, zanim nie przekroczyłam linii przed pasami, widziałam gówniarza kątem oka i widziałam, że postanowił jechać sobie dalej chodnikiem. W następnej sekundzie był przede mną.
Ćwiczymy oczywiście skręcanie w lewo (wybaczcie, ale nie lubię słowa „lewoskręt”, lewoskręca mnie gdy je słyszę). Nauczyłam się już w praktyce co to znaczy, żeby nie wjeżdżać na skrzyżowanie, jeśli nie mam możliwości kontynuowania jazdy. Wczoraj na przykład, na skrzyżowaniu, na którym dość trudno skręca się w lewo, byłam druga na słupie. Zielone, ruszyliśmy. Samochód przede mną zajął prawie całą dostępną przestrzeń za przejściem dla pieszych i ustawił się czekając na możliwość zjazdu ze skrzyżowania. Mój instruktor zwrócił mi uwagę, że nie powinnam przejeżdżać pasów dla pieszych, ponieważ dopóki tamten nie zjedzie, to ja mam zablokowaną drogę. Przystanęłam więc, zgodnie ze wskazówkami. Z tyłu natychmiast rozległo się trąbienie. Okazało się jednak, że przejazd poszedł sprawnie i już trzy sekundy później ja wjechałam na skrzyżowanie (klaksonista za mną), a po kolejnych kilku chwilach pokonaliśmy zakręt w lewo. Szanowny klaksonista (na blachach z obcego miasta, ale to o niczym nie przesądza), ominął mnie i po 100 metrach na najbliższym czerwonym to on był pierwszy przede mną. Kiedy zapaliło się dla nas zielone światło stała się rzecz dla mnie niesłychana. Klaksonista „zaspał”, na co mój instruktor zareagował wciśnięciem klaksonu. Byłam z niego dumna.
Odkryłam też tajemnicę, która zawsze mnie dręczyła, mianowicie: dlaczego L-ki tak się snują? Bo pan instruktor z prawej strony mówi: Troszeczkę wolniej. A dlaczego? Po pierwsze niech nie zgubi cię nadmierna pewność siebie za kółkiem. Po drugie – im szybciej będziesz jechać, tym większy dystans przejedziesz i tym więcej dasz egzaminatorowi okazji do tego, żeby cię oblał. Nawet logiczne. Generalnie więc, drodzy kierowcy ze stażem dłuższym niż 12 godzin za kierownicą, chociaż staram się nie dawać wam powodów do złości na mnie, to jednak mam swoje wytyczne, których muszę się trzymać.
Ale się rozpisałam... To na koniec jeszcze tylko dowcip z życia wzięty. Co powinna pani widzieć w prawym lusterku? Prawy łokieć instruktora.
Szerokiej drogi.